Ile kosztują zwykłe gumowe japonki? Zależy. Te od Givenchy w jednym z warszawskich butików znalazłem za 925 zł. Słownie: dziewięćset dwadzieścia pięć złotych. Oczywiście dobra luksusowe to nie chińszczyzna z hal w Wólce Kosowskiej pod Warszawą i muszą swoje kosztować. Nijak jednak nie mogę się dopatrzyć w tych japonkach niczego luksusowego.

Zdjęcie

Dobra luksusowe muszą swoje kosztować... /©123RF/PICSEL
Dobra luksusowe muszą swoje kosztować...
/©123RF/PICSEL

Poza nazwą ich producenta. Bo przecież nie projektanta. Klapki bowiem niczym nie różnią się od tysięcy innych i do ich zrobienia nie był potrzebny żaden akt twórczy, żaden przebłysk geniuszu. No, chyba że mowa o geniuszu marketingu. Pod tym względem - duże brawa.

Bywały już breloczki ze śrubki i nakrętki od Prady po 800 zł, media niedawno też doniosły, że angielska projektantka Anya Hindmarch w ciągu roku na sprzedaży małych skórzanych naklejek (na notes albo torebkę) po ok. 230 zł za sztukę zarobiła 12 milionów funtów. Ale gumowe japonki za blisko tysiak to już mocniejszy numer.

Reklama

Postarajmy się jednak przesadnie nie emocjonować, tylko przeanalizujmy na spokojnie, co tak naprawdę wpływa na cenę danego ubrania czy akcesorium. Bo może nie mamy racji i się nie znamy, a japonki w cenie niewiele niższej od minimalnej pensji netto w naszym kraju to wyjątkowa okazja? W świecie wielkiej mody wydziwianie na ceny jest przecież w złym tonie i uważane - w najlepszym przypadku - za przejaw przaśnej nieświadomości, ile wart jest wyprzedzający swoim wizjonerstwem całe pokolenia talent słynnego kreatora.

No więc, po pierwsze, na cenę produktu wpływa materiał i dodatki, z którego go wykonano. W przypadku japonek to koszt porównywalny z kosztem produkcji gumki do ołówka. Usprawiedliwieniem mogłyby być paski klapek przytrzymujące stopę. Że inkrustowane kamieniami lub że z futra misia koala. Ale w tym przypadku i one zostały wykonane z plastiku. Nie jest to więc casus najdroższej obecnie dostępnej torebki w snobistycznym e-sklepie Net-a- Porter, to jest wykonanego z kosztownej krokodylej skóry modelu marki Valentino (cena ok. 70 tys. zł - i tak kilka razy za dużo, pomijając cierpienie zwierząt).

Po drugie, na cenę wpływają czas oraz wyjątkowe zdolności rzemieślnicze potrzebne do stworzenia produktu. To dlatego galanteria, podobnie jak wieczorowe suknie, bywa tak droga. Gdy patrzymy na szyfonową plisowaną suknię Gucciego z najnowszej kolekcji (80 tys. zł) z ręcznie naszytymi kwiatowymi aplikacjami, domyślamy się, że nie wyszła ona z taśmy produkcyjnej, lecz spod rąk wybitnego krawca. Jaki kunszt kryje się za gumowymi klapkami? Trudno stwierdzić.

Po trzecie, drogie jest zwykle to, co pionierskie. I owszem, nawet Christian Louboutin, słynny kreator butów dla gwiazd, przyznał, że japonki to najświetniejszy wynalazek jego branży, ale są przecież w naszej garderobie co najmniej od lat 50. ubiegłego wieku. Chyba że w cenę 925 zł wliczone jest właśnie ich niezwykłe dziedzictwo kulturowe (niczym w suknię, w której Marilyn Monroe śpiewała słynne "Happy Birthday" prezydentowi USA i która została zlicytowana na aukcji za 1,27 mln dolarów w 1999 roku). Tyle że nasze japonki są nowe i jeśli ktoś w nich chodził, to przymierzający je klient butiku, którym Marilyn z oczywistych względów nie była.

Po czwarte, na cenę produktu wpływa kraj jego wytworzenia. T-shirty sieciówek są tanie, bo robione w Bangladeszu. Żaden europejski rząd nie zgodziłby się na wynagrodzenie dla szwaczek wynoszące dolara dziennie. Nie wiem, gdzie zrobiono te japonki, jednak nawet jeśli była to Francja, to tamtejsza stawka wynosi około 40 zł za godzinę. I nawet gdyby tyle właśnie trwało wpychanie paska w gumową podeszwę japonek, to nadal zostaje nam 885 zł manka. Po piąte wreszcie, na cenę danego dobra może wpływać szczytny cel, na jaki zysk zostanie przekazany. Historia zna przypadki japonek sprzedawanych w zbożnym celu. Artysta David Palmer zaprojektował dla marki Chipkos misternie malowane klapki (umajone gdzieniegdzie złotem) w cenie 18 tys. dolarów, z których dochód przeznaczono na ratowanie lasów w Kostaryce. W przypadku japonek, o których prawimy, dochód trafi jednak do kieszeni prezesów marki. I w tym sęk.

Kupując niedorzecznie drogie rzeczy, po prostu wkładamy na ich tyłki złote majtki. W ostatniej dekadzie, jak doniosło amerykańskie Bureau of Labor Statistics, ceny dóbr luksusowych skoczyły o 60 proc. Ich producenci tłumaczą to drożyzną na rynku surowców, ale Burberry przyznał, że wzrost ich cen nie ma żadnego uzasadnienia poza tym, że chcą przyciągnąć bogatszych klientów i uchodzić za jeszcze bardziej ekskluzywnych. Domy mody narzucają na swoje torebki nawet jedenastokrotną marżę, podnoszą ceny ikonicznych modeli butów, by nie wypaść z listy najbardziej pożądanych, chełpią się noszącymi ich wyroby gwiazdami, jak Nicki Minaj w T-shircie od Stelli McCartney za 880 dolarów. Wydają przy tym jeszcze więcej pieniędzy na PR, marketing i reklamę, sprawiając wrażenie, że sprzedają towary pierwszej potrzeby. I powtarzając: "Kup, bo zasługujesz na nas".

Zasługujesz? Pewnie, że zasługujesz. Jednak to, czy oni zasługują na ciebie, już tak pewne nie jest.


Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Michał Zaczyński

Grazia

Zobacz również

  • Płaski, jędrny i piękny

    Taki jest brzuch marzeń. Utrapieniem bywa wystający, a także oszpecony rozstępami. Przeczytaj, jak pracować nad brzuchem idealnym i jakiej pomocy szukać u specjalistów od urody. więcej