Kto jest głównym wygranym wyborów prezydenckich w Ameryce? Głupie pytanie. Oczywiście Ken Bone.

Zdjęcie

Kolekcje Moschino to praktycznie zmutowane opakowania codziennych produktów - od lizaków przez płyny do szyb po zestawy z McDonalda /Getty Images
Kolekcje Moschino to praktycznie zmutowane opakowania codziennych produktów - od lizaków przez płyny do szyb po zestawy z McDonalda
/Getty Images

Grubiutki jegomość w średnim wieku, pracownik elektrowni w stanie Missouri, był jednym z tak zwanych przeciętnych Amerykanów, których zaproszono na drugą telewizyjną debatę obojga kandydatów. Siedząc w pierwszym rzędzie, skradł show swoim wąsem i obcisłym czerwonym swetrem, nałożonym na białą koszulę i połyskujący krawat. W ciągu nocy zyskał 200 tysięcy fanów na Twitterze, zaproszenie do poważanych programów typu "Jimmy Kimmel Live!" (takie "Rozmowy w Toku" Drzyzgi, tylko bez gości w rodzaju "Ania, lat 30, używa tipsów zamiast łyżeczki"), propozycje matrymonialne, kontrakt na rolę w filmie porno i liczne deklaracje poparcia na wypadek, gdyby sam chciał w kampanii prezydenckiej wystartować.

Nad fenomenem Bone’a pochyliły się najważniejsze media w kraju, w tym "New York Times": "Zapomnijcie o kostiumach Hillary Clinton od Ralpha Laurena czy topach Gucciego na Melanii Trump, liczy się tylko zapinany pod szyją sweter w warkocze". "Esquire" zaproponował stylizację Bone’a jako idealny strój na Halloween. "GQ", inny renomowany miesięcznik dla mężczyzn, obwieścił zaś, że producentem swetra jest marka Izod i kosztuje on trzydzieści dolarów.

Reklama

Wyniki tego dziennikarskiego śledztwa sprawiły, że dzianiny Izoda w tym kolorze wyprzedały się w mniej niż 24 godziny. "Niektórzy herosi noszą peleryny, inni czerwone swetry", pisali zachwyceni klienci w komentarzach na Amazonie, jednym z dystrybutorów marki. Jednocześnie Bone trafił do sieci jako bohater setek memów. Wmontowano go w miejsce tytułowego "Kevina samego w domu" na filmowym plakacie, podkreślano - w złośliwy sposób - jego sex appeal i naturalny charme. Ruszyła też produkcja dewocjonaliów z jego podobizną.

Dlaczego akurat on stał się nowym idolem masowej wyobraźni Amerykanów? Bo zabawnie wygląda, trochę jak z komiksu. Bo jest sprzeczny z kanonami urody. Bo jest przeciętny. To taka amerykańska wersja naszego Janusza, obiektu kpin tych z nas, którzy są modniejsi, ładniejsi i bogatsi. Teoretycznie więc jego czerwony sweter nie powinien stać się sprzedażowym hitem. Ale się stał, bo dziś moda jest w głównej mierze właśnie memem.

To nie agencje prognozowania trendów, do niedawna jeszcze uważane za wyrocznię, tworzą modę. Tym bardziej nie robią tego projektanci. Sama ulica też jakby traci na znaczeniu. Wszystko jest kreowane, osądzane i promowane przez internet, szczególnie przez media społecznościowe pokroju Facebooka czy Instagramu. A Internet lubi, gdy coś się wyróżnia - jest dziwaczne, śmieszne, charakterystyczne. Nikt nie ma czasu na dogłębną analizę czy choćby uważne przypatrzenie się. Dlatego znakomicie skrojony garnitur zawsze przegra z pstrokatym blezerem. Nie dziwi więc, że ostatni pokaz kolekcji Chanel otwierały dwie modelki w absurdalnych, kosmicznych białych kaskach, które nijak nie pasowały do chanelowskich żakietów i reszty (powtarzalnej, jak zwykle) kolekcji. Co więcej, pozostałe modelki szły już bez kasków. Ale po co miały je mieć, skoro dwa wystarczą, by przykuć uwagę?

Zdjęcie

Grubiutki jegomość w średnim wieku, pracownik elektrowni w stanie Missouri, był jednym z tak zwanych przeciętnych Amerykanów, których zaproszono na drugą telewizyjną debatę obojga kandydatów /Getty Images
Grubiutki jegomość w średnim wieku, pracownik elektrowni w stanie Missouri, był jednym z tak zwanych przeciętnych Amerykanów, których zaproszono na drugą telewizyjną debatę obojga kandydatów
/Getty Images

Podobnym memem są kolekcje Moschino. To praktycznie zmutowane opakowania codziennych produktów - od lizaków przez płyny do szyb po zestawy z McDonalda - występujące w roli sukienek, obudowy na telefon czy torebek. Zagranie pod publiczkę (czy raczej Instagram). Memem jest też cała postsowiecka fala projektantów pokroju Goshy Rubchinskiy’ego. Do jego estetyki rodem z blokowisk z lat 90. należał obecny rok i nic nie wskazuje na to, by w przyszłym roku miało być inaczej. Modele niczym z poprawczaka, siermiężne bluzy i kurtki. Na ubraniach i dodatkach hasła pisane cyrylicą, dla zachodnich internautów egzotyczna nowinka, warta udostępnienia na swoim koncie.

Podobnie ozdabiane kamieniami crocsy na wybiegu u Christophera Kane’a, szaleństwo skarpet do sandałów, apokaliptyczne wręcz ilości ekscentrycznej biżuterii z obrożami jak z sex shopów jako elementem - nomen omen - dominującym, wielkie futra od Fendi (muszą być emocje, a naturalne futra potrafią dodać ich jak mało co) i torebki Thoma Browne’a w kształcie psa (szkoda, że nie prawdziwego, to by dopiero rozgrzało Internet!).

Różnica między awangardą a wygłupem się zaciera. Własny styl przestaje istnieć, bo tworzy się go dla lajków i szerów, a trendy potrafią żyć tyle, co post na profilu. Coś, co może świadczyć o odwadze projektanta, równie dobrze może być więc oznaką jego chłodnej kalkulacji. Paradoksalnie, z tego wszystkiego ciepły czerwony sweter wąsatego Kena wydaje się całkiem sensowną propozycją.

Zdjęcie

Ken Bone, bohater drugiego planu, który w jedną dobę podbił Internet. /Getty Images
Ken Bone, bohater drugiego planu, który w jedną dobę podbił Internet.
/Getty Images

GRAZIA 12/2016

Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Michał Zaczyński

Grazia

Zobacz również

  • Japonki pierwszej potrzeby

    Ile kosztują zwykłe gumowe japonki? Zależy. Te od Givenchy w jednym z warszawskich butików znalazłem za 925 zł. Słownie: dziewięćset dwadzieścia pięć złotych. Oczywiście dobra luksusowe to nie... więcej