Dziewczyny chichotały, nachylając ku sobie drobne twarze. Sari w jaskrawych kolorach ciasno oplatały ich szczupłe sylwetki, a długie warkocze tańczyły za plecami przy każdym ruchu. Patrzyłam urzeczona.

Zdjęcie

Wróciłam do Polski z poczuciem, że odebrałam ważną naukę dotyczącą europejskiego obłędu na punkcie jedzenia. Kiedy pofolgowałam sobie przy stole, widziałam obraz otłuszczonych ciał przy stolikach i chichot zdziwionych dziewczyn w sari /©123RF/PICSEL
Wróciłam do Polski z poczuciem, że odebrałam ważną naukę dotyczącą europejskiego obłędu na punkcie jedzenia. Kiedy pofolgowałam sobie przy stole, widziałam obraz otłuszczonych ciał przy stolikach i chichot zdziwionych dziewczyn w sari
/©123RF/PICSEL

Od kilku dni obserwowałam w hotelowej restauracji tę samą scenę. Młodziutkie, może 18-letnie kelnerki, czy też raczej kandydatki do tej pracy, uczące się obsługi zagranicznych gości, w wolnych chwilach plotkowały, popatrując dyskretnie w kierunku ogromniastych, tłustych, jasno i rudowłosych, spalonych na cyklamen tropikalnym słońcem przybyszów z chłodniejszej części globu. Ci ostatni w większości nie mogli swobodnie pomieścić swoich gigantycznych 4 liter na krzesłach, ale i tak co chwilę podrywali je do lotu, by dopaść do stołu i załadować na talerze porcje białego pieczywa, bekonu, jajek i roztopionego sera. Ich pociechy zaś pochłaniały kolejne porcje czekoladowych kulek z mlekiem.

Tylko nieliczni interesowali się tą częścią stołu, na której piętrzyły się kolorowe owoce i warzywa oraz różne rodzaje ryżu i tradycyjnego curry.

Reklama

Wreszcie zebrałam się na odwagę i zagadałam do młodych kelnerek, co też tak je rozśmiesza. Początkowo spłoszyły się i chyba wystraszyły, że może ktoś tu poczuł się urażony, jednak zapewniłam je, że po prostu ciekawi mnie, kogo i co widzą osoby z innych stron świata, kiedy patrzą na nas - Europejczyków. Kiedyś w Laosie przy takiej okazji dowiedziałam się, że jesteśmy "crazy about emotions" - zwariowani na punkcie emocji. Głośno gadamy, ciągle się kłócimy, publicznie obłapiamy i całujemy, to znów urządzamy awanturę, i tak w kółko. Trudno się nie zgodzić.

Dziewczyny wreszcie się przełamały i wyznały, że nie mogą się nadziwić, jak można jeść tyle chleba i ciasta! Po co? Przecież to niedobre i za dużo! To było na Sri Lance 10 lat temu. Nie spotkałam tam wówczas nikogo, kto byłby otyły, nawet w bogatszych miejscowościach, gdzie nie występował problem niedożywienia. Za to widziałam mnóstwo żwawych starych ludzi, smukłą młodzież i piękne dzieci. Na każdym kroku słyszałam o leczniczych właściwościach różnego rodzaju pokarmów i ziół, jakby każda napotkana przeze mnie osoba ukończyła jakiś specjalny kurs naturoterapii. I coś w tym jest.

Sri Lanka, na której od setek lat kwitnie przywieziona z Indii naturalna medycyna zwana Ayurvedą, może poszczycić się obok niej także własną tradycją leczniczą, która jest wiedzą powszechną i stosowaną na co dzień.

Wróciłam do Polski z poczuciem, że odebrałam ważną naukę dotyczącą naszego europejskiego obłędu na punkcie jedzenia. Mogę też śmiało powiedzieć, że od tamtej pory za każdym razem, kiedy zanadto sobie pofolgowałam przy stole, stawał mi przed oczami obraz przerażająco przejedzonych, otłuszczonych ciał przy stolikach i zdziwiony chichot czarnowłosych dziewczyn w kolorowych sari.

10 lat później znów jestem na Sri Lance. Pisząc te słowa, siedzę na lotnisku w drodze do Indii. Spędziłam na wyspie dwa pracowite tygodnie poświęcone pisaniu książki i jodze. Kiedy pierwszego dnia pobytu wyszłam na drogę przed pensjonatem, aby się rozejrzeć, pod jego drzwi zajechała "piekarnia na kółkach", obwieszczając swoje pojawienie się we wsi donośnym elektronicznym wykonaniem "Dla Elizy" Beethovena. W repertuarze były też buły, chleby oraz ciasta, lody na patyku, cukierki i inne świństwa - do wyboru. Natychmiast zbiegła się chmara dzieciaków i ich mam, których sylwetki zaskakująco zaczęły przypominać te europejskie.

Kilka dni później zostałam zaproszona na biznesowy obiad w Kolombo, stolicy kraju, by pomówić o możliwościach promocji wyspy w Polsce. Podano kurczaka w panierce z frytkami i duuużo białego pieczywa. Na deser lody. W restauracji obecni byli sami zamożni, ubrani po europejsku ludzie. Wszyscy z solidnymi brzuchami. W tym kraju, gdzie jest najzdrowsze jedzenie świata! Gdzie wegetacja nie ustaje, a naturalna medycyna jest dostępna na wyciągnięcie ręki, ludzie opychają się europejskim świństwem tylko dlatego, że kojarzą je z zamożnością. Witajcie cukrzyco i miażdżyco! Welcome zwyrodnienie stawów!

Na lotnisko odwoził mnie stary kierowca. Podzieliłam się z nim tą obserwacją. "Świat jest szalony, madame!", zareagował. A wie pani, że półtora litra francuskiej wody mineralnej kosztuje u nas tyle, co taka sama ilość benzyny? Obżeranie się zachodnim świństwem szkodzi ciału, ale picie TAKIEJ wody to już chyba świadczy o chorobie umysłu? Nie sądzi pani? Zaśmiał się, a mnie zrobiło się smutno.

Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Paulina Młynarska

Grazia

Zobacz również

  • Moda na gęsinę

    W Polsce ta tradycja odrodziła się niedawno – na stołach w dniu św. Marcina gości gęsina. Mięso wymagające pewnej wprawy, ale pyszne i wartościowe. więcej