Banalne pytanie. Nie trzeba być filozofką, żeby je zadać. W jakim stopniu twoje życie przypomina dziś to, czego kiedyś chciałaś?

Zdjęcie

Polskiej kobiecie od pokoleń wciska się do głowy poczucie braku własnej wartości. Przekonanie, że jej się „nie należy”. Chyba że nadludzkim wysiłkiem, sposobem, manipulacją /©123RF/PICSEL
Polskiej kobiecie od pokoleń wciska się do głowy poczucie braku własnej wartości. Przekonanie, że jej się „nie należy”. Chyba że nadludzkim wysiłkiem, sposobem, manipulacją
/©123RF/PICSEL

Zadałam je głośno do lustra kilka lat temu, uświadamiając sobie, że znajduję się w stanie głębokiej życiowej zapaści. Że jeszcze chwila, a osunę się w taki rejon, z którego już nie będę umiała się wygrzebać. Stanę się jedną z tych niespełnionych, nieuleczalnie nieszczęśliwych kobiet sępów. Sępów miłości, jak pisał klasyk. Wykaraskałam się jednak, zaczęłam żyć własnym dobrym życiem i poświęciłam temu książkę. A teraz jeżdżę na spotkania autorskie i za każdym razem, kiedy zadaję mojemu audytorium to boleśnie proste pytanie, słyszę na sali ten sam szmer. Wspólne westchnienie, któremu towarzyszy pełne rezygnacji kiwanie głowami.

"Niewiele marzeń udało nam się spełnić", zdają się mówić porozumiewawcze spojrzenia. Czasem po policzku potoczy się łza. Wiem, co myślą moje czytelniczki. Piszą mi o tym w mejlach: "Jak to się stało, że 20 lat życia minęło, a ja czuję się, jakbym nigdy nie żyła?".

Reklama

Po spotkaniu autorskim jest czas na podpisywanie książki i rozmowy. Wtedy podchodzą te, które cichaczem chcą zapytać o namiar na terapię (nie podaję, uważam, że każdy musi znaleźć ją w swoim zakresie) albo poprosić o polecenie lektury (podaję chętnie, nieodmiennie rekomendując "Mimo lęku" Susan Jeffers i "Koniec współuzależnienia" Melody Beattie). Podchodzą też te, które chcą się podzielić sukcesami. Że się udało, że czują, że żyją. Są szczęśliwe, mocne. Zbudowały wysoką samoocenę, a potem firmę, związek, relacje z dziećmi, karierę. Straciły złudzenia, ale mają marzenia i cele. Ich życie jest dziś lepsze, niż sądziły, że będzie. Moje też.

To wymagało przeprogramowania. Dosłownie wychowania się na nowo. Odkodowania tych wszystkich strasznych rzeczy, które od pokoleń wciska się polskiej kobiecie do głowy. A pierwszą z nich jest poczucie braku własnej wartości. Przekonanie, że w sumie to mi się "nie należy". Chyba że nadludzkim wysiłkiem. Chyba że sposobem, manipulacją, systemem. A nie tak po prostu, dlatego że jestem, mam jakiś talent, inteligencję, pomysły. Kto by tam zaszczepiał dziewczynkom poczucie, że są mądre, poradzą sobie, wiele osiągną, mają moc! Że śliczne, że grzeczne, że zaradne to już prędzej.

Nagle uroda się kończy. Tracimy najważniejszy atut i wpadamy w panikę. Jeśli nie zbudowałyśmy sobie innego rusztowania, wszystko się wali. Czasem rozpaczliwie staramy się zatrzymać młodość, co jest procederem z góry skazanym na porażkę. Z czasem dowiadujemy się też, że życie rodzinne i małżeńskie to nie całe życie. I nie składa się z samych scenek rodem z reklam, do czego stara się nas przekonać społeczna bajka kończąca się słowami: "A potem żyli długo i szczęśliwie". Okazuje się, że owszem, może i długo, ale czy szczęśliwie?

Ale nie mamy pomysłu, co dalej. Brniemy w codzienność, nawet nie wiedząc, że bezpowrotnie odcinamy się od własnych aspiracji i pragnień. Coraz częściej czujemy, że to wszystko wymknęło się nam spod kontroli. I wtedy padają te wstrętne pytania: "W jakim stopniu twoje życie przypomina dziś to, czego kiedyś chciałaś? Wiesz chociaż, czego chciałaś? Czy żyłaś według scenariusza, który inni napisali dla ciebie, a teraz dziwisz się, że straciłaś życie?".

Jest ofiara - nie ma śladów. Jest sprawca - nie ma dowodów. Jest życie - nie ma sensu. Coś ci to mówi? Coś ci to przypomina? To koniecznie przeczytaj książkę Agnieszki Nietresty-Zatoń "Pustostan", która właśnie trafiła na księgarskie półki. Nikt nie postawił jeszcze tak brutalnej diagnozy utraconych losów współczesnych Polek. Dziewczyn takich jak ty, utalentowanych, pomysłowych, mądrych, ale zaprzęgniętych w kierat z góry przewidzianych wyniszczających rytuałów codzienności, wyzyskiwanych przez partnerów, którzy nie poczuwają się do opieki nad własnymi dziećmi. Opuszczonych i samotnych. Z niekończącą się listą obowiązków i zakupów, na które brakuje pieniędzy. Upokorzonych koniecznością proszenia o każdy grosz, o każdy gest pomocy ze strony partnera albo państwa, jeśli partnera zabrakło. Bezlitośnie osądzanych i... rozliczanych przez inne kobiety.

Wszak nikt tak zazdrośnie nie stoi na straży krzywdzących kobiety stereotypów jak my same. Ta książka to wstrząs. I kawał dobrej literatury. Jedna z tych powieści, które mogą stać się impulsem do zmiany. Do poszukania drogi wyjścia do świata, w którym każda z nas może dążyć do realizacji swoich planów i marzeń, ponieważ po prostu ma do tego prawo. Jak każdy. Jak każda.

Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Paulina Młynarska

Grazia

Zobacz również

  • Brwi w butelce

    ​Okres wakacyjny rządzi się swoimi prawami - słońce nie lubi ciężkich podkładów, grubych kresek i ociekających od tuszów rzęs, dlatego makijaż na lato powinien być lekki, świeży i transparentny.... więcej