Sporo kręcę się ostatnio po Azji. Zbieram materiał do książki podróżniczej i zabieram w podróże fantastyczne kobiety, które chcą zobaczyć kawałek świata, a przy okazji trochę popracować nad odwagą, ekspresją i radością życia.

Zdjęcie

Paulina Młynarska /Podlewski /AKPA
Paulina Młynarska
/Podlewski /AKPA

"Moje" grupy warsztatowe, na szczęście, składają się z babek świadomych i uważnych, które nie szukają taniej rozrywki i okazyjnych zakupów. Godzą się na omijanie szerokim łukiem plażowych imprezowni, które na całym świecie tak bardzo upodobniły się do siebie, że to już właściwie bez różnicy - Jamajka, Bali czy Majorka. Nie szukają oszczędności na siłę i z wdzięcznością zostawiają napiwki wszędzie tam, gdzie należy to uczynić. Nie mają pojęcia, jak bardzo są w swojej postawie egzotyczne! Ogólna tendencja plażowo-azjatycko-urlopowa wygląda bowiem zgoła inaczej. Ma być głośno, ma się lać piwo, mają być fryty, burgery, pizza oraz wi-fi. Mają być stragany zapełnione chińszczyzną, a ponad wszystko ma być TANIO.

Słuchając dyskusji przy stolikach i barach tropikalnych rajów, dochodzę do ponurego wniosku, że przebywający tam na wywczasie osobnicy z bogatszej części globu borykają się z jednym podstawowym problemem: Dlaczego nie jest jeszcze taniej? 90 minut wspaniale wykonanego masażu na Bali kosztuje 10-13 dolarów. Trwająca tyle samo prywatna sesja jogi to podobny koszt. Taniej niż w Polsce czy Francji, czy USA, ale jednak nie darmo. "A właściwie dlaczego nie?", zdają się pytać szeroko otwarte oczęta oburzonych klientek, które do upadłego targują się o kwoty rzędu 50 centów.

Reklama

Czy dyskutowałyby z cennikiem usług we własnym kraju, dążąc do "urwania" choćby złocisza czy dolara? Nie sądzę. Nie po to białas z białaską zapłacili za bilety lotnicze, aby wydawać na żarcie i usługi.

"Jakie pół? Jak to pół? Ma być ćwierć albo mniej! Tu przecież trzeci świat jest!", żalą się obwieszone markowymi gadżetami turystki. "W takiej Kambodży masaż i jogę masz za piątaka! A tu zdzierają jak za zboże!". W głowach paniuś i panów z tzw. lepszego świata buzuje pragnienie, aby "lokalsi" nie tylko gięli się w usłużnych pozach na każde ich skinienie, ale także, aby wykonywali swoją robotę za friko. Albo za symbolicznego dolara. "Only one dollar" jest zaklęciem, które przywołuje na blade (choć chwilowo buraczkowe) twarze uśmiech aprobaty.

Nooo, tyle to się wydaje z przyjemnością. Tyle to nawet celebryci z "Azja Express" potrafią wybulić! Klasa!

W Nepalu byłam świadkiem oburzenia pewnego francuskiego dandysa wyszykowanego jak do kręcenia zbiorowej reklamy ciuchów i gadżetów z najwyższej półki, który był przekonany, że miejscowy przewodnik powinien zabrać go w Himalaje za 200 dolarów i jeszcze zorganizować w ramach tej ceny parkę dzieciaków do dźwigania plecaka. Facet był szczerze zdziwiony, że w tak biednym kraju ktoś się w ogóle ośmiela cenić swoją pracę. Widok kilkuletnich dzieci za grosze ciągnących po górskich ścieżkach dobytek wędrowców z bogatszych części Ziemi nie należy tu do rzadkości. Kim trzeba być, aby się na coś takiego godzić?

Na Indonezyjskiej wyspie Lombok widziałam scenę następującą: 10-letnia dziewczynka podeszła do sympatycznie wyglądającego pana z Australii z pytaniem, czy nie zechciałby jej wymienić kilku drobniaków australijskich (chodziło o centy!) na miejscowe rupie, ponieważ w kantorze nie przyjmowali monet. Facet odmówił, udając, że nie rozumie, o co chodzi. Jednocześnie im nas więcej w egzotycznych częściach świata, tym więcej tam śmieci, prostytucji (także dziecięcej) i plaż całkowicie zaanektowanych pod kolejne wielkie hotele kosztem miejscowej ludności, o przyrodzie nie wspominając.

Biały turysta jest odcięty od wszelkiej wrażliwości na wyzysk i upokorzenie ludzi, dręczenie zwierząt, niszczenie przyrody i miejscowej tradycji. Ma gdzieś wrażliwość gospodarzy i ich obyczaje. Nie zważa na ich zawstydzenie, kiedy paraduje w stringach po deptaku. Nie widzi problemu w nocnych rajdach motorami przez dżunglę, gdzie swój dom mają niezliczone gatunki dzikich zwierząt. Zaś segregowanie śmieci uważa za czynność uwłaczającą jego turystycznej mości, która w pseudoluksusowych hotelach udaje, że należy do najwyższej z ludzkich kast.

Co wcale nie przeszkadza jej wypowiadać arbitralnych mądrości psa Fafika na temat kastowości w hinduizmie, obyczajowości islamu i zasad buddyzmu. A im mniej wie na powyższe tematy, tym bardziej rasistowskie ma przekonania, tym głośniej i dobitniej się wymądrza.

Kiedy półtora roku temu zaczynałam pisać swoją książkę podróżniczą, jeszcze nie wiedziałam, że tak naprawdę będzie to opowieść o wstydzie i zażenowaniu zachowaniem mojej "rasy". Uczuciach, które niestety nieustannie mi towarzyszą, kiedy podróżuję.

Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Paulina Młynarska

Grazia

Zobacz również

  • Tu i teraz jest dobrze

    Smakuje życie, nie ogląda się za siebie i nie rozpamiętuje tego, co złe. Na bakier z czasem. Nie będzie zważała na swój numer PESEL, gdy zechce spróbować czegoś szalonego. Już wie, że dojrzała... więcej