Pod pachą chrupiąca bagietka. Jeszcze tylko kupię tytoń i "Liberation" - gazetę, od której lubię zaczynać dzień. - Ça va, Paulina? - Malijczyk z kiosku wie, co czytam i palę. - Ça va! - rzucam wesoło i ruszam dalej. Nawet jeśli nie wszystko gra i nie zawsze "ça va", jest coś krzepiącego w tej codziennej paryskiej wymianie dobrych wiadomości.

Zdjęcie

Wszystkie szczęśliwe chwile w moim życiu będą już zawsze nosiły paryski znak firmowy. Bo to tam nauczyłam się cieszyć drobiazgami /©123RF/PICSEL
Wszystkie szczęśliwe chwile w moim życiu będą już zawsze nosiły paryski znak firmowy. Bo to tam nauczyłam się cieszyć drobiazgami
/©123RF/PICSEL

Są tacy, zwłaszcza moi rodacy, którzy się krzywią: "Dlaczego mam mówić, że jest dobrze, kiedy wcale nie jest?". Myślę, że nie rozumieją tego rytuału, który tylko na pierwszy rzut oka jest tym samym co anglosaskie "How are you? I’m fine!". Paryż to miasto dla twardych zawodników. Ludzie, którzy tu żyją, mają niski próg szczęścia. Niewiele im trzeba, by je poczuć. Wystarczy kieliszek calvadosu, gorące kasztany zawinięte w gazetę przez zmarzniętego handlarza, rogalik zamoczony w kawie, dźwięk samotnej gitary w korytarzu metra, widok chmur przeglądających się w rzece.

"Ça va!" to paryska mantra wbrew przeciwnościom. Kiedy się walczy o przetrwanie w tym mieście, trzeba umieć się cieszyć z małych rzeczy.

Reklama

- Bonjour, princesse (księżniczko)! - algierski sprzedawca ze sklepiku z warzywami na rogu wciska mi w rękę paczuszkę daktyli i puszcza oko nad czarnym wąsem. Wygląda jak Omar Shariff i nawet nazywa się Omar. Znam jego żonę Naimę i syna Samira. Wie, że podobnie jak oni jestem tu na emigracji. Że jak oni czasem bardzo tęsknię za krajem. Drobny gest solidarności, który być może ogrzeje mi trudny dzień. Może szukam roboty? Może już mam i uwijam się co dzień jak w ukropie, by jej nie stracić? Może szukam mieszkania lub wyrabiam papiery? To droga przez mękę, której kres położyło dopiero wejście Polski do Unii Europejskiej.

Ale ja mam dziś wolne, a w maleńkim mieszkanku, które wynajmuję nieopodal, śpi mój ukochany. Wbiegnę po schodach i zaparzę nam kawy. Bagietkę przetnę ostrym nożem wzdłuż, a potem jeszcze na cztery równe części i posmaruję masłem. Nakruszymy do łóżka i nie wyjdziemy z niego do wieczora. Nie zjemy obiadu - nie stać nas. Będziemy pić wodę z kranu i kochać się do upadłego. Wieczorem wyjdziemy na tanie wino na plac Republiki. To nasze miejsce spotkań ze znajomymi.

Mam 20 lat. Mieszkam w Paryżu i klepię biedę. Nie mogę wiedzieć, że 25 lat później, przeglądając stare zdjęcia, powiem, że to był najszczęśliwszy czas mojej młodości... Nie mam jeszcze świadomości, że wszystkie szczęśliwe chwile w moim życiu będą już zawsze nosiły paryski znak firmowy. Bo to tam nauczyłam się cieszyć drobiazgami: smakować jedzenie, nosić sukienki, rozpoznawać dobre wino, stroić się dla samej siebie, delektować towarzystwem ludzi, których nigdy więcej nie spotkam, zachwycać czerwonym kolorem szminki na ustach mojej przyjaciółki i wzorem na spódnicy kupionej za grosze na ciuchach przy Porte de Montreuil. W kawiarniach X Dzielnicy, tam gdzie 13 listopada terroryści strzelali do młodych ludzi, był mój uniwersytet radości życia.

Tam po raz pierwszy na serio całowałam się z mężczyzną - nie chłopcem. Tam pierwszy raz poczułam jak szampan uderza do głowy, tam przeglądałam drobne ogłoszenia o pracę i tam płakałam po rozstaniu z tym ukochanym, o którym pisałam wcześniej. Tam siadywałam z moją przyjaciółką Patricią, której dorosłe dziś dzieci tylko dlatego nie poszły 13 listopada do jednej z ostrzelanych kawiarni w X Dzielnicy, że akurat skończyła im się kasa. Jak mnie kiedyś. Jedynie absolutny brak siana był w stanie powstrzymać mnie wtedy przed spędzeniem wieczoru ze znajomymi wśród kawiarnianych stolików mojej dzielnicy. Jednak tydzień później dzieciaki Pat znów tam siedzą.

- Nie boisz się? - pytam jak matka matkę. - Nie wolno się bać. Życie musi się toczyć - odpowiada moja przyjaciółka. I dodaje: Kiedy przyjeżdżasz? Przyjedź, nie bądź cykor! Od czasu zamachu w redakcji "Charlie Hebdo" na placu Republiki powiewa transparent treści: "Meme pas peur!". Pokazują go często w telewizjach informacyjnych. Te słowa znaczą "Wcale się nie boimy!". I choć zapewne nie oddają całej prawdy, brzmi w nich ta wspaniała bezczelna paryska przekora. Nie tak łatwo pozbawić radości życia ludzi, którzy są w tym mistrzami świata.

Mam nadzieję, że Omar z zieleniaka na rogu mojej dawnej ulicy się trzyma. Trudno być francuskim Arabem w tych dniach. Kiedy tam znów pojadę, a wybieram się wkrótce, wpadnę do niego na daktyle. A potem na wino do jednej z kawiarni w "Dziesiątce"! Vive Paris! Tam nauczyłam się szczęścia.

Artykuł pochodzi z kategorii: Felietony: Paulina Młynarska

Grazia

Zobacz również

  • Płaski, jędrny i piękny

    Taki jest brzuch marzeń. Utrapieniem bywa wystający, a także oszpecony rozstępami. Przeczytaj, jak pracować nad brzuchem idealnym i jakiej pomocy szukać u specjalistów od urody. więcej