Przeskoczyła z codziennej pracy po kilkanaście godzin w serialu do sielskiego spokoju na łonie rodziny. Po roku nieobecności ma wiele przemyśleń o kobiecych skłonnościach do poświęceń, o naszym poczuciu winy i prawdziwych potrzebach. Agnieszka Dygant rozprawia się ze sobą w ostrych słowach. Prawdziwych.

Zdjęcie

Agnieszka Dygant /Baranowski /AKPA
Agnieszka Dygant
/Baranowski /AKPA

Przed filmem "Botoks" miałaś dosyć długą przerwę. Nie było fajnych ról?

Agnieszka Dygant: - Pewnie były, ale ich nie dostałam (śmiech). No może nie było aż tak źle, bo zimą zagrałam w trzeciej części "Listów do M" - przynajmniej TVN
się nade mną zlitował (śmiech). A bardziej serio - musiałam odpocząć po serialu "Prawo Agaty". Grałam tam główną rolę, codziennie spędzałam na planie po 12 godzin. To obciążające.

Reklama

- Odbijało się to na moim zdrowiu - ciągle byłam niewyspana, spadła mi odporność, czułam, że jadę na dodatkowym baku. Do tego doszło oczywiście poczucie winy związane z dzieckiem. Wyszłam z domu, gdy mój syn miał rok, a wróciłam, gdy miał 5. Poczułam, że chcę z nim spędzić więcej czasu, lepiej go poznać, pobyć z nim na co dzień. Tym bardziej że to był ważny dla niego moment - zmieniał przedszkole, szedł do zerówki. Chciałam przy nim być.

Komuś, kto lubi pracować i kto jest na topie, nie jest chyba łatwo zamknąć się w domu?

- I tak, i nie. Do pewnego momentu jest cudownie. Nareszcie byliśmy razem, jeździliśmy na wakacje. Znajomi mi mówią, że wchodzę w sprawy na 100 procent - tak samo więc wkręciłam się w życie przedszkola. Zadzierzgnęłam znajomości z innymi mamami, otworzył się dla mnie nowy świat.

Spodobało ci się?

- Tak. Uspokoiłam wyrzuty sumienia. Pamiętam moment, kiedy się okazało, że nie panuję nad domowymi sprawami. Xawery miał w przedszkolu malowanie pisanek, a ja miałam wtedy pracę o późniejszej godzinie. Mogłam wziąć udział w tym malowaniu, rodzice przecież byli zaproszeni, ale nie zapamiętałam tej informacji. Odwiozłam syna do przedszkola i spokojnie wracałam do domu. Miałam jeszcze 2-3 godzin, żeby się przygotować do pracy .I nagle telefon z przedszkola, że czekają tylko na mnie. Zawróciłam na ulicy z piskiem opon i pojechałam z powrotem. Mój syn płakał, bo wszyscy rodzice byli poza mną.

- Wtedy pomyślałam, że coś jest nie tak, skoro o tym zapomniałam. Zobaczyłam to swoje szamotanie się, to "chcę mieć wszystko". Grałam w serialu, dobrze zarabiałam, spełniałam marzenia, spotykałam ciekawych ludzi, a z drugiej strony - miałam totalne poczucie winy. Naprawdę źle się wtedy poczułam. Nawet teraz, jak o tym myślę, to mi się ręce pocą. Dlatego kiedy serial się skończył i przyszedł moment, że mogłam posiedzieć w domu i trochę odpocząć, to z tego skorzystałam.

- Chodziłam do przedszkola na malowanki, wycinanki, odprowadzałam syna na judo, odbierałam z basenu, niczym mamuśka z "Wielkich kłamstewek". Poczułam, że oddychamy tym samym powietrzem. To dało mi poczucie szczęścia.

Ale? Zawsze jest jakieś "ale"...

- No cóż, są plusy dodatnie i plusy ujemne, jak mawiał klasyk. Po pewnym czasie czegoś zaczęło mi brakować. Adrenaliny, spotkań na planie. Co najgorsze - zaczęłam tracić pewność siebie. Był moment, kiedy pomyślałam, że chyba nigdy już nic nie zagram, że nic nie potrafię, wszystko zapomniałam i wszyscy o mnie zapomnieli. Zdałam sobie sprawę, że przez siedzenie w domu tracę rezon. Kiedy dużo pracowałam, czułam się jak Lara Croft na poligonie: wchodzę, rozwalam, kogo trzeba, wychodzę. To buduje pewność siebie, poczucie, że ze wszystkim dajesz radę, że ta karawana idzie dalej z tobą. I chociaż bycie mamą też jest fajne, były chwile, kiedy czułam, że jest mi przykro, że już chcę wracać na plan i że zaczynam być wredna w domu. Nawet mój facet mi powiedział: "Wracaj już do tej pracy, bo nas zamęczysz".

Macierzyństwo kojarzy mi się z nieustającym poczuciem winy.

- Jest coś na rzeczy. "Gdzie ja jestem i dlaczego nie jestem z nim?", "Czy mam prawo być tu, gdzie jestem, czy może powinnam być tam, z nim?".

Mam wrażenie, że są kobiety, które sobie z tym lepiej radzą.

- Naprawdę? Daj mi do nich numer, chętnie je poznam. To są niewytłumaczalne emocje, a jednocześnie powód, dlaczego ludzkość wciąż trwa. Myślę, że dzięki temu, że nieustannie boisz się o dziecko, ono może przeżyć w tej dżungli. Dzisiaj ta dżungla wygląda inaczej niż kiedyś, ale lęk pozostał.

Były jeszcze jakieś inne "ale" związane z siedzeniem w domu?

- Poznałam uroki bycia mamą przedszkolaka, ale też koszmary z tym związane - porównywanie dzieci, rywalizację. Słyszysz "Mój już to, a mój już tamto" i myślisz sobie: "Boże, żeby mój też już coś i to najlepiej". Weszłam w to, zaczęłam rywalizować, też chciałam się poczuć supermamą. Na szczęście przyszedł moment, kiedy stuknęłam się mocno w głowę i powiedziałam sobie: "Stop!".

Złapałaś się na tym?

- Tym razem mi się udało (śmiech).

Macierzyństwo to trudna rzecz?

- Chyba nie. To chyba rodzice za bardzo wszystko komplikują.

Nie martwisz się, że będziesz chciała za bardzo wpłynąć na dziecko?

- Moim zdaniem nie da się na nie za bardzo wpłynąć. Im starszy jest mój syn, tym lepiej widzę, jaki jest, i zdaję sobie sprawę, że byłby taki ze mną czy beze mnie. Rodzice dają dzieciom sznurki, pokazują: tak się jeździ na nartach, tak rysuje, tak gramy w to, tak jeździmy na koniu, a dziecko i tak samo wybierze to, co je interesuje. Kiedyś Xawerego kręciły dinozaury, dzisiaj królowie Polski. Ja mam o tym mizerne pojęcie, a on chce znać szczegóły - kto, z kim, dlaczego, kto był czyim synem, a kto królem elekcyjnym. Lubi jeździć na nartach, a nie lubi piłki nożnej. Uwielbia rysować, chociaż ja nie cierpię. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dzieci są niezależnymi, pozornie uległymi bytami. Umieją drążyć skałę, są w tym konsekwentne. Ale wiesz co, chyba jest jednak coś, co wydaje mi się trudne w wychowaniu...

Co?

- Dzisiejszym rodzicom chyba zależy bardziej niż dzieciom. Chciałabym, żeby pójście Xawerego do szkoły nie było moim pójściem do szkoły, żeby jego praca domowa nie była moją pracą. Chciałabym, żeby nauczył się brać odpowiedzialność za swoje sprawy. O to chciałabym zawalczyć. Ze sobą. Żeby nie usiąść i nie sprawdzać, co ma zadane. Zostawić to jemu. Jesteśmy dzisiaj strasznie skoncentrowani na dzieciach. Właściwie wszyscy rodzice, których znam. Odczuwamy presję świata, w którym żyjemy, i ciśniemy dziecko. Nasi rodzice nie mieli tej presji, wtedy nie było się o co starać. Nie ma jednak sensu zastanawiać się, czy kiedyś było lepiej i co z tego wyniknie. To są procesy, których nie da się zatrzymać.

Dobrze ci zrobiła ta przerwa? Nie żałujesz czegoś?

- Nie zastanawiam się nad tym, nie analizuję. Uważam, że nie robimy pewnych rzeczy, bo nie mieliśmy ich zrobić. Nie grzebię się w tym, czego nie zrobiłam, bo skoro czegoś nie zrobiłam, gdzieś nie poszłam, to znaczy, że musiałam być gdzie indziej. Wierzę, że tak jest. Tak jest wygodnie.

Zrobiłaś najlepsze, co można było zrobić w danym momencie?

- Tak. Ludzie się czasem zastanawiają: "Co by było gdyby?" albo "Gdybyśmy wtedy zrobili tak, to dzisiaj byśmy nie płakali". A moim zdaniem człowiek robi w danym momencie to, na co naprawdę jest gotowy. Nawet jeśli nie robi nic, bo tak mu podpowiada intuicja. Czasami nie wiadomo, dlaczego nie chce ci się czegoś zrobić, a potem się okazuje, że dobrze się stało.

Zdjęcie

Agnieszka Dygant /Podlewski /AKPA
Agnieszka Dygant
/Podlewski /AKPA

Takie myślenie powinno dawać spokój. Daje?

- Zazwyczaj tak.

To przyszło z wiekiem?

- Kiedyś na pewno bardziej się szamotałam. Potrafiłam opłakiwać pewne sytuacje związane z zawodowymi sprawami. Masakra. Teraz bardziej racjonalizuję. Wiem, że bez względu na to, jaką podejmę decyzję, nikt nie umrze, nic strasznego się nie stanie.

Niektórzy tęsknią za tym rozedrganiem, szamotaniem się, być może dlatego, że kojarzy się z młodością.

- Ja nie. W moim zawodzie jest wystarczająco dużo emocji. Podniecam się na planie. Jak już mam rolę, myślę o niej nieustannie, wkręcam się, jestem na wysokich obrotach. Mój zawód sprzyja temu, żeby się nakręcać i wskakiwać na wysoki poziom adrenaliny. Dużo jest histerii, rozterek, dlatego racjonalizowanie na innych polach nie wydaje mi się takie złe.

Co jeszcze przyszło do ciebie z wiekiem?

- Chyba refleksja na temat tego, że jednak człowiek nie jest niezniszczalny. Warto czasami odpuścić bliskim, żeby potem nie żałować, że było się dla kogoś niemiłym. Lepiej się cieszyć, że ten ktoś jest. Zawodowo mam świadomość, że pewnych ról już nie zagram. Chyba mam też w sobie więcej tolerancji, mniej rzeczy mi przeszkadza, mniej się emocjonuję. Kiedyś byłam bardziej kategoryczna, bardziej czarno-biała, a dziś widzę więcej niuansów.

Przerwa przerwą, urlop urlopem, ale Patrykowi Vedze nie odmówiłaś...

- Lubię z nim pracować, lubię te jego wyraziste historie. Bardzo mi się podobały "Służby specjalne", powiedziałam mu to, potem on mnie zaprosił do "Pitt Bulla". Miałam tam grać kogoś innego, ale stanęło na Kurze. Ona była taka dziwna, mroczna, bardzo mi się podobała. Podobnie zresztą, jak scenariusz. Nie mogłam się od niego oderwać! Vega jest konkretny, wie, dokąd zmierza, ale jest w stanie przyjąć propozycje z zewnątrz. Zachęca aktora do "rozpulchniania" roli. Lubię z nim pracować, bo jak mu się coś podoba, od razu to widzisz. Dla niektórych reżyserów po prostu chce się grać, robić ten swój popis. Nie wiem, na czym to polega. Chcesz się podobać, zadziwiać, najlepiej talentem (śmiech). Niektórzy mówią: chemia, rodzaj flirtu.

"Botoks" to film o silnych kobietach?

- Nie wiem. Już pytanie wydaje mi się stronnicze. I dążące do feministycznych opowieści. To jest film dobry albo zły. Interesujący albo nie. Siła człowieka buduje się poprzez różne doświadczenia, poprzez pokonywanie przeciwności, ale też słabości. Kobiety w "Botoksie" są słabe i silne jednocześnie. Nie chcę tego filmu spłycać ani kategoryzować, zamykać w jakieś ramy. Nie chcę też, żeby ludzie się do niego uprzedzali, słysząc słowo "feminizm", bo ono ma dzisiaj wielorakie konotacje...

Jesteś feministką czy nie?

- Nie piszę manifestów, jeśli czegoś chcę, to biorę i nie pytam, czy mogę. Nie tupię nogą, że coś mi się należy, bo jestem kobietą. Po prostu to robię. Wydaje mi się, że feminizm jest czymś naturalnym we mnie. Nie mam potrzeby podkreślania tego na każdym kroku. Czasem jestem silna, a czasem słaba, jak każdy. Uprawiam feminizm stosowany.

Nie spotkałaś się nigdy z dyskryminacją ze względu na płeć?

- Pewnie i spotkałam, ale to nie zostawiło we mnie tzw. trwałych urazów. Pewnie ktoś kiedyś potraktował mnie źle, ale nie wydaje mi się, że to dlatego, że jestem kobietą. W każdym razie nie myślę w ten sposób. Słyszałam kilka historii o obrzydliwych facetach, ale też kilka o wstrętnych babach. Bycie okropnym chyba nie zależy od płci.

Niektóre aktorki skarżą się, że zarabiają mniej od mężczyzn. Nie tylko w Polsce.

- Odpowiem na to anegdotą. I trochę feministycznie. Kiedyś na planie "Prawa Agaty" przekomarzaliśmy się, kto ma lepiej w naszym zawodzie - aktorzy czy aktorki. W decydującym starciu młodszy kolega przekonywał mnie: "Aga, faceci naprawdę mają lepiej. Pisze się dla nich główne role, no i zarabiają lepiej. Nie chciałabyś zarabiać tyle, co facet?". A ja mu na to: "Tyle co ty? Nie".

Może po prostu jesteś silną kobietą i potrafisz sobie pewne rzeczy wywalczyć?

- Czasem słyszę: "Aga, ty jesteś silną kobietą". A jak facet zachowuje się tak jak ja, to jest po prostu facetem, czy od razu silnym facetem?

Ale to jakiś wstyd? Być silną kobietą?

- Bynajmniej. To komplement. Dzisiaj często słyszę: "Jestem silną kobietą, potrzebuję silnego faceta, który mi dotrzyma kroku, będzie dla mnie inspiracją i wyzwaniem". I słusznie. Nie mam nic przeciwko feminizmowi czy byciu silną, kobiety powinny walczyć o swoje prawa, wręcz muszą. Trzeba jednak uważać, żeby się w tym nie zagalopować. Ja nie chcę traktować mężczyzn jak wrogów. Punktować ich na każdym kroku dla zasady. W końcu chcesz mieć w życiu partnera, a nie lokaja.

Co masz na myśli?

- Faceta upupionego, wrzuconego w kapcie, którego przystosowałaś do swoich standardów estetycznych. Bo jak już uda ci się to zrobić, to obawiam się, że poszukasz sobie następnego, bardziej macho, który ci ochlapie lustro w łazience (śmiech). Dla mnie liczy się partnerstwo. Równowaga w związku.

Wracając do anegdoty - naprawdę nie jest tak, że więcej dobrych ról pisze się dla mężczyzn, więcej ciekawych męskich bohaterów? To cię nie wkurza?

- I co ja mam odpowiedzieć? Ale do kogo mam mieć pretensje? Do scenarzystów czy do reżyserów? Mam wrażenie, że powoli się to zmienia - popatrz na filmy Vegi (teraz robi "Kobiety mafii", przyp. red.), na seriale - "Wielkie kłamstewka", gdzie głównymi bohaterkami są same kobiety, na "Grę o tron", czy "House Of Cards", gdzie kobiety nie ustępują mężczyznom nawet w okrucieństwie. Dzisiaj już wiadomo, że jak nie ma baby w serialu czy w kinie, to nie jest dobrze. Być może kino akcji wciąż jest zarezerwowane dla mężczyzn, ale wydaje mi się, że to wszystko zaczyna się wyrównywać. Gusta kobiet też są brane pod uwagę. Mój facet powiedział mi kiedyś, że kobiety są lepszymi bohaterami filmu niż mężczyźni, bo są bardziej zniuansowane, wielowymiarowe, choć być może trudniej się o nich opowiada.

Za to świetnie się z nimi przyjaźni. I spędza wakacje. Z mamą i siostrą byłaś w tym roku we Francji. Zazdroszczę.

- Francji?

Nie, takiej relacji z mamą.

- Tak, związek między nami jest silny. To były rodzinne wakacje - ojciec, matka, ciotka, babka, wnuczek, siostra i narzeczony siostry - u rodziców narzeczonego.

Wow. Często wyjeżdżacie z mamą i siostrą na wakacje?

- Nieczęsto, ale się zdarza. Jesteśmy we trzy bardzo blisko. Teraz wszystkie mieszkamy w Warszawie, więc nasza relacja jeszcze się zacieśniła. No cóż, napięcia są, nie zawsze jest słodziutko, ale do siostry i do mamy mogę walić jak w dym.

Z czego się biorą napięcia między wami?

- Za bardzo się martwimy, czy którejś nie będzie przykro, bo któraś zrobiła coś, i żeby tamta nie pomyślała, że ta zrobiła to specjalnie - skomplikowanie jest tak kuriozalne, że na końcu nikt nie wie, o co chodziło.

A jak jest dobrze?

- To jedziemy na wakacje, pijemy razem wino, jemy pizzę i obgadujemy cały świat.

Anna Rączkowska

GRAZIA 10/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Trendy sezonu

    Jesienno-zimowy sezon zaskakuje nowymi, oryginalnymi rozwiązaniami. Wybraliśmy osiem najciekawszych trendów, które tworzą doskonałe pary, ale bardzo atrakcyjnie wyglądają również w pojedynkę. więcej