Do niedawna trudno ją było spotkać w sukience. Przecież piękna kobieta, była modelka, musi starać się dwa razy bardziej, jeśli chce pokazać, że coś potrafi. Dziś już z nikim się nie ściga. Pozwala sobie na łzy, akceptuje słabości.

Zdjęcie

Etap udawania mam już za sobą. Ani mój wygląd, ani przeszłość nie wpływaja na moją wiarygodność - mówi Anita Werner /AKPA
Etap udawania mam już za sobą. Ani mój wygląd, ani przeszłość nie wpływaja na moją wiarygodność - mówi Anita Werner
/AKPA

Lubi pani swój chłodny profesjonalizm?

Anita Werner: - Myślałam, że to się już skończyło! To znaczy, że profesjonalizm został, ale że chłód się skończył.

Reklama

Może ten pani chłód się jednak podoba? Na początku roku dostała pani drugą Telekamerę...

- Każdy, kto pracuje na wizji, ma inny charakter i sposób na siebie w tym zawodzie. Ja nigdy nie czułam się i nie chciałam być  słodką blondynką wdzięczącą się do widza. Jestem jaka jestem, to płynie z wnętrza mnie. Gdy dostaję zadanie, to wykonuję je jak najlepiej, być może właśnie z tym moim z chłodnym profesjonalizmem, ale nie wyobrażam sobie, żeby to, o czym mówię widzom na co dzień, można było ubrać w kolorowe fatałaszki i słowne didaskalia.

A jak jest z emocjami w tej pracy?

- Emocje są, jesteśmy tylko ludźmi, ale ja zawsze powtarzam, że jestem tylko przewodnikiem po świecie, o którym opowiadam. Nie jestem jego bohaterem. Nie jestem po to, żeby stawać po którejś ze stron, tylko po to, żeby pomóc widzowi ten świat zrozumieć. Dlatego muszę być transparentna.

Ale w pani pracy zdarzają się sytuacje ekstremalne, na które nikt nie jest przygotowany. Śmierć papieża, katastrofa smoleńska, porwanie dziennikarza w Iraku. Co się wtedy z panią dzieje?

- W sytuacji ekstremalnej w telewizji na żywo emocje też są na żywo. Po katastrofie smoleńskiej ściskało mi się gardło, innym razem czułam, że drży mi głos. Ale to są wyjątki. Nie ma na nie miejsca w dyskusjach politycznych, w publicystyce, w "Faktach". Owszem, zdarzało mi się rozkleić przed kamerą, ale tylko wtedy, kiedy byłam obok bohaterów opowiadanej przeze mnie historii, kiedy współuczestniczyłam w jakiejś sytuacji. Na przykład w Brazylii, gdzie kręciłam dokument "Miss więzienia".

Panuje pani nad emocjami, telewizja tego wymaga. Po wyjściu ze studia ta potrzeba opanowania zostaje?

- Anita Werner w "Faktach" to ktoś inny niż Anita Werner w domu.

Drastycznie inny?

- Gdy jest w pracy zadanie do wykonania, to się człowiek na nim skupia i raczej nie ma miejsca na żarty, luz, myślenie o niebieskich migdałach. Kiedy nie jestem w pracy, to jasne, że bywam na większym luzie. Ale takie są prawa pracy. Moi przyjaciele znają mnie inną niż widzowie, bo znają mnie z sytuacji życiowych, a nie zawodowych.

Podobno jest pani doskonale zorganizowana, poukładana, zaplanowana. Porządnicka?

- Nawet czasem pedantyczna. I rzeczywiście zorganizowana. I w pracy, i w życiu. Jeżeli mam coś do zrobienia, to jestem do tego przygotowana od A do Z. W życiu prywatnym też każdego dnia mam plan, co zrobić, jak załatwić i kiedy. To pewnie wynika z cech charakteru i z doświadczeń życiowych. Tak sobie myślę, że mama trójki dzieci ma absolutnie poukładane zadania w ciągu dnia. Ja nie mam dzieci, ale opiekując się przez lata niepełnosprawnym tatą, też mam pewien rygor. Wiem, jak to jest, kiedy w życiu trzeba się zająć rozmaitymi czynnościami wokół jednej osoby. Takie doświadczenia uczą organizacji i panowania nad swoim światem. Ja nad nim panuję.

A perfekcjonizm skąd?

- Chyba po mamie. Była osobą, dla której nie było rzeczy niemożliwych. Jak się na coś uparła, potrafiła to zdobyć. Też była poukładana. W szafie ubrania w równych kupkach, w życiu - obowiązki, dzieci, dom, praca. Była inżynierem chemikiem po Politechnice Łódzkiej, a tata jest doktorem nauk mechanicznych po tej samej uczelni.

Pani też ma ścisły umysł?

- Tak mi się wydawało przez kilka pierwszych lat mojego życia, ale później okazało się, że się mylę. W liceum zdałam do mat-fizu, ale gdy dostałam z fizyki ocenę mierną na koniec pierwszego semestru, zrozumiałam, że ten profil to był strzał kulą w płot. Później moje zainteresowania poszły w inną stronę.

Jak panią wychowywali rodzice?

- Nasz dom był ciepły, ale też i bardzo poukładany. Jak w Szwajcarii: wszystko zorganizowane, wszystko na swoim miejscu, czyste, oczywiste. Rodzice przywiązywali dużą wagę do kultury osobistej, wykształcenia, manier. I jestem im za to wdzięczna. Z drugiej strony - dawali mi ogromną możliwość rozwoju. Gdy chciałam trenować tenis, to trenowałam, jak chciałam się uczyć grać na fortepianie, to poszłam do szkoły muzycznej, którą zresztą skończyłam, jak chciałam tańczyć, to tańczyłam w zespole tańca jazzowego. A jak chciałam śpiewać, to w piątek po szkole jeździłam pociągiem do Wrocławia, żeby z paczką muzyków szlifować wokalne umiejętności. Miałam od rodziców kredyt zaufania, pewnie również dlatego, że nigdy nie zawiodłam. Jeśli miałam wrócić o 22. - to wracałam. Rodzice szybko się zorientowali, że mam poukładane w głowie i potrafię się odnaleźć w środowisku dorosłych.

Co pani ma na myśli?

- Zaczęłam pracować w wieku 16 lat jako modelka i bardzo szybko trafiłam do świata dorosłych.

Wyjeżdżała pani jako modelka za granicę?

- Tak, zdarzało się. To była superprzygoda, bardzo mi się to podobało.

Świat modelek przedstawiany jest jako pełen bogatych mężczyzn, którzy czyhają na te młode, śliczne dziewczyny. Kokaina, anoreksja i bulimia.

- Jeśli ktoś nie ma poukładane w głowie, to rzeczywiście może się pogubić. Ale ja wtedy po raz pierwszy w życiu zorientowałam się, że zasady, które wpojono mi w domu, działają. Nigdy w świecie modelingu się nie pogubiłam, ale też nie byłam w nim sama. Opiekowali się mną przyjaciele z agencji modelek, którym moi rodzice zaufali i którzy tego zaufania nie zawiedli. Pewnie miałam też trochę szczęścia. Czułam się bezpiecznie, nie miałam ochoty na imprezowanie. Wyjeżdżałam, robiłam to, co miałam do zrobienia, po czym wracałam do pokoju hotelowego w towarzystwie innych dziewczyn, zasypiałam i następnego dnia wracałam do pracy.

Czyli to była przyjemna praca?

- To była bardziej przygoda. Byłam nastolatką, poznawałam mnóstwo fajnych ludzi, zwiedzałam miasta i kraje. To była też świetna odskocznia od szkoły. No i nie pociągały mnie alkoholowe szkolne biby, bo miałam swoją frajdę - jechałam gdzieś zrobić pokaz, sesję i jeszcze na tym zarabiałam.

Jak do tego doszło, że została pani modelką?

- Nie marzyłam o tym, ale ponieważ miałam ponad 180 cm wzrostu, parę osób zwróciło mi uwagę, że może powinnam spróbować i zobaczyć, czy mi się spodoba. Wystartowałam więc w konkursie The Look Of the Year, dostałam się do finału i od tego wszystko się zaczęło. Już tak mam, że w życiu próbuję różnych rzeczy.

Jakie zasady panowały u pani w domu?

- Trzeba było chodzić prosto i mama zawsze zwracała uwagę na to, jak siedzę przy stole (śmiech). Była wyczulona na punkcie kindersztuby. Wiedziałam więc, do czego służy każdy sztuciec i co robić, gdy jest ich trzy po każdej stronie. Nasz dom był skromny, rodzice byli pracownikami sfery budżetowej. Żebyśmy mogli wyjechać na narty, tata brał dofinansowanie z politechniki i zasuwał dodatkowo na własny rachunek, prowadząc działalność gospodarczą. Mama od pewnego momentu nie pracowała. Nie było tak, że jak sobie coś wymarzyłam, to miałam. Nie miałam lalki Barbie ani Fleur...

Też nie miałam...

- Ale miałam wyjazd na narty, wakacje nad morzem całą rodziną albo wyjazd z tatą na rajd samochodowy. To były moje radości. Związane raczej z doświadczeniami, emocjami, z poznawaniem niż z przedmiotami. Cieszę się, że zostałam wychowana w czasach, kiedy doceniało się drobiazgi. Człowiek się cieszył z głupiej gumy balonowej, bo przecież w sklepach nic nie było.

Bunt nastolatki?

- Nie pamiętam. Moja energia szła w szkołę, modeling, sport, taniec. Robiłam tyle rzeczy i w tak różnych miejscach, tyle się działo, że nie miałam nawet czasu, żeby pomyśleć, że może wypada mi się w tym wieku zbuntować. Tę wolność, o której myśli dorastający człowiek, miałam na wyciągnięcie ręki.

Nastolatkowie buntują się czasem absurdalnie. Chcą być inni niż rodzice. Mogła pani się buntować przeciwko temu, że pani dom był taki poukładany.

- Miałam dobrą relację z rodzicami i poczucie, że jestem kochana, że oni o mnie dbają. Nie byłam nieszczęśliwym dzieckiem, może dlatego nie myślałam o buncie.

Rodzice dawali pani poczucie, że może pani wszystko?

- W życiu? Tak.

Rozumiem, że w tej nauce savoir-vivre’u nie chodziło o to, żeby panią wychować na układną żonę i gospodynię...

- Nigdy nie usłyszałam, że może fajnie by było, gdybym wyszła za mąż w wieku 20 lat albo pomyślała o urodzeniu dzieci w wieku 23 lat. Moich rodziców na szczęście nie dziwiło, że nie miałam chłopaka, jak byłam nastolatką, a później na szczęście nie chcieli mi żadnego na siłę wcisnąć.

Nie miała pani?

- Nie miałam. I nie miałam ochoty mieć. Zawsze miałam dużo kumpli i kolegów, ale nie interesowały mnie nastoletnie romanse. To nie był mój świat. Zamiast harlequinów czytałam "Dywizjon 303". W innych sprawach też nie robię niczego na siłę. Jestem zodiakalnym Baranem, prę do celu, umiem rywalizować. Ale jednocześnie mam w sobie dużo pokory. Kiedy czuję, że moja rywalizacja jest skazana na porażkę, bo są lepsi ode mnie, oddaję pole.

Kiedy pani odkryła kobiety w swoim życiu? Jako koleżanki, godne przeciwniczki do rozmowy, przyjaciółki?

- Późno. W dzieciństwie miałam koleżanki, ale to nie były głębokie przyjaźnie. Bardziej znajomości. Relacje dojrzałe spotkały mnie po przeprowadzce do Warszawy, kiedy na nowo układałam sobie dorosłe życie. Czyli dopiero po 20 roku życia.

Świat dziewczyn wydawał się pani gorszy?

- Nie, po prostu jako nastolatka nie miałam ochoty gadać o kosmetykach, chłopakach i fryzurach, bo mnie to nie interesowało. Wolałam rozmawiać o sporcie, umówić się na narty, pojechać na rajd samochodowy, poczytać książkę.

Wydawało się pani, że z dziewczynami się tak nie da?

- Wtedy wydawało mi się, że z dziewczynami to strata czasu, bo niczego się nie nauczę. Więcej się uczyłam od kolegów albo od kolegów taty, jak szłam do niego do pracy. Albo gdy szłam na angielski, gdzie otaczali mnie dorośli ludzie. Każdy już gdzieś pracował, coś w życiu robił. Interesowali mnie inni ludzie, chciałam poznawać ich świat.

Kiedy odkryła pani swoją kobiecość?

- Odkrywanie kobiecości ma wiele odcieni i wiele etapów. Ale rzeczywiście, dopiero parę lat temu zaczęłam chociażby zmieniać styl swojej szafy, częściej chodzić w sukienkach i spódnicach. Dobrze chyba zrobiło mi przekroczenie trzydziestki. Wcześniej królowały u mnie spodnie.

Dlaczego?

- W pracy zawsze byłam od wszystkich młodsza, zawsze musiałam coś komuś udowodnić. Przecież wcześniej byłam modelką, a to było jak piętno. Przez wiele lat wydawało mi się, że nieustannie muszę wszystkim pokazywać, że w ogóle mam coś do powiedzenia. A to nie szło w parze z kobiecym strojem. Wydawało mi się, że to będzie odwracać uwagę od tego, co mam do przekazania. Dopiero po latach pracy i doświadczeń zorientowałam się, że etap udowadniania mam już za sobą. Że ani mój wygląd, ani moja przeszłość na wybiegu nie
wpływają na moją wiarygodność. Naprawdę ciężko na to pracowałam.

Nadal nie rozmawia pani z koleżankami o ubraniach, fryzjerze i chłopakach?

- Nie. Z koleżankami w pracy częściej rozmawiam o tym, jak jem.

Interesujące. Jak pani je?

- Od kilku lat nie jem mięsa, unikam nabiału. Dieta roślinna dobrze na mnie działa i tego się trzymam.

A straszny gluten?

- Dla mnie akurat nie jest straszny, więc to nie jest dla mnie problem. Ja nie lubię po prostu śmieciowego jedzenia, wyznaję zasadę, że jesteśmy tym, co jemy. Skoro nie wlewam do samochodu słabego paliwa, to tak samo nie pochłaniam rzeczy, które mogą mojemu organizmowi sprawić kłopot.

W TVN-ie pracuje już pani dosyć długo jak na kogoś, kto lubi nieustannie próbować nowych rzeczy...

- I cały czas sprawdzam się w czymś nowym. Na początku pracowałam jako reporterka. Później w studiu jako prowadząca serwisy informacyjne. Potem byłam gospodarzem magazynu lifestylowego "Styl", następnie skupiłam się na newsach i zajęłam się publicystyką, wprawiałam się w wywiadach z politykami. Potem były moje pierwsze "Fakty", a także "Dama Pik", teraz są "Fakty" i "Fakty po Faktach". Zrobiłam z TVN Style dokument "Miss więzienia", a niedawno kolejny, o którym jeszcze nie mogę mówić, ale który będzie można zobaczyć we wrześniu. Jestem szczęściarą, że trafiłam do miejsca, które daje tyle możliwości.

Sama pani wymyśla kolejne kroki czy to przychodzi "z góry"?

- Będzie się pani ze mnie śmiać, ale ja najpierw sobie coś wyobrażam, a potem to się dzieje. Czasem jest tak, że nie zdążę zwerbalizować swojego marzenia, a ono już się zaczyna spełniać. Tak mam.

Ze wszystkim tak pani ma w życiu?

- Żartuje pani ze mnie teraz, ale naprawdę coś w tym jest. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jestem numerologiczną 11, a to liczba mistrzowska. Na numerologii się nie znam, ale wierzę, że wszystko mamy w głowie i możemy programować nasze życie, pozytywnymi myślami przyciągać pozytywne rzeczy. Również wyobrażając sobie różne rzeczy, łatwiej jest później przekuć je w realne cele. Od siedzenia na kanapie nic się nie stanie. Jestem ciekawa świata, nie boję się pytać. Więc jak chcę gdzieś dojść, to zazwyczaj trafiam do celu.

I pewnie nie boi się pani porażek.

- Porażki się zdarzają. Ale żaden sportowiec, wychodząc na swój mecz, nie myśli o tym, że przegra. Jeżeli coś się nie uda, to nie jest to koniec świata. Takie jest życie, czasami są gorsze dni. Życie jest, uwaga, słodko-gorzkie (śmiech). Z porażek trzeba wyciągać wnioski i nie myśleć o nich na zapas, bo to najgorsze, co możemy sobie zrobić - mieć katastroficzne albo negatywne wizje, zanim tak naprawdę do czegoś się zabierzemy.

Najważniejsze w pani życiu to...

- Żyć w zgodzie ze sobą. To strasznie trudne i nie zawsze wychodzi. Ale jeśli się żyje w zgodzie ze sobą, wszystko jest łatwiejsze.

Co pani ma na myśli?

- Żeby postępować tak, jak się czuje, nie robić niczego na siłę i wbrew sobie, nie naginać się do cudzych oczekiwań, jeżeli te oczekiwania nie są nasze.

To trudne, szczególnie w pracy.

- W życiu też. Myślę, że najważniejszą zasadą w życiu jest, żeby żyć. Przez duże Ż. Żeby umieć czerpać z życia przyjemność. A przyjemnością może być kolacja z bliską osobą, uśmiech rano, kawa. Może to być wyjazd do Małkini, a nie koniecznie do Paryża. Takich przyjemności jest mnóstwo, fajnie umieć z nich korzystać i je zauważyć w codziennym życiu. To chyba moja najważniejsza zasada.

Kiedy to pani zrozumiała?

- Stosunkowo niedawno. Do tego trzeba dojrzeć. Czasami pomagają w tym różne przykre doświadczenia życiowe. Śmierć w rodzinie na pewno pomogła mi zrozumieć, jak krótkie i kruche jest życie, choroba taty pomaga mi docenić zdrowie. Jak się jest zdrowym, można wszystko. Wielu z nas tego na co dzień nie widzi. Takie doświadczenia hartują, przyśpieszają dojrzewanie i pozwalają zmienić perspektywę. Pozwalają też docenić czas. Czas to najwspanialszy prezent dla kogoś bliskiego.

Ma pani czas? Dużo pani pracuje.

- Tak, ale zachowuję zdrowy balans między jednym i drugim. Praca jest cnotą, rozwija, sprawia, że człowiek czuje się potrzebny. Ale nie można się w tej pracy zatracić. Trzeba tak wszystko zorganizować, żeby znaleźć miejsce w grafiku na inne ważne rzeczy.

Pani dyżur trwa czasem 10 lub 12 godzin?

- Zdarza się, że przychodzę na 8.30, a wychodzę o 20.

I jak wtedy znaleźć czas?

- Po czterech lub pięciu takich dniach następują trzy dni czasu (śmiech).

Szaleństwo.

- Bez przesady. Mam czas i na pracowanie, i na niepracowanie.

Pani zawsze jest taka twarda?

- Nie, nauczyłam się już być słaba. Przez większą część swojego życia uważałam, że muszę być robotem i głową rodziny. W dorosłym życiu nabrałam przekonania, że muszę wciąż działać, zdobywać świat, dawać radę. W końcu się zorientowałam, że nie umiem prosić o pomoc. Wydawało mi się, że nie mogę być słaba, bo niepełnosprawny tata, bo samodzielne mieszkanie w innym mieście, bo domowy budżet, bo życie.

Dlaczego pani stwierdziła, że musi trochę odpuścić?

- Bo czasami było mi zbyt ciężko. I myślałam, że już nie mam siły. A nawet Superman musi czasem usiąść na małym krzesełku i odpocząć, zanim poleci w kolejną misję. A mi się wydawało, że jak tak na chwilę usiądę, to zawalę i stanie się coś złego. Ale mądrzy ludzie wytłumaczyli mi, że jestem człowiekiem i mam prawo być słaba. Więc już umiem się popłakać, poprosić o pomoc.

Przy mężczyźnie też pani potrafi okazać słabość?

- Tak. Jestem silną kobietą, ale czasem mam słabsze dni. Jak każdy.

Anna Rączkowska

GRAZIA 5/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Bądź piękna, zrób to sama!

    Najprościej wybrać kosmetyk z drogerii albo apteki, ale przecież można go też zrobić samodzielnie. Będzie dużo tańszy, ekologiczny i bez składników, które mogą podrażnić skórę. O zaletach takiej... więcej