Odważna. Nie boi się pójść na terapię, ani o tym mówić. Nauczyła się, że następny związek nie będzie dobry, zanim ona sama się nie zmieni. Twierdzi, że życie kompletnie odmieniły jej dzieci – to one pokazały to, co naprawdę ważne i kto tu rządzi.

Zdjęcie

Myślałam, że trafiam  na partnerów, którzy nie są samodzielni. A to ja sama tak ich kształtowałam - wyznaje Anna Dereszowska /Iza Grzybowska /Grazia
Myślałam, że trafiam na partnerów, którzy nie są samodzielni. A to ja sama tak ich kształtowałam - wyznaje Anna Dereszowska
/Iza Grzybowska /Grazia

Kiedy poczułaś, że dziewczyna zamienia się w dojrzałą kobietę?

Anna Dereszowska: - Kiedy urodziła się moja córka Lena. Poczułam, że jest stado, które muszę chronić. Dzieci zrobiły mi bardzo dobrze na głowę.

Reklama

Co masz na myśli?

- Aktorzy z natury są egoistami. Otaczający świat musi się dostosować do ich niestandardowego rytmu pracy, a nam się czasem wydaje, że to naturalne i tak musi być. A dzieci mają to w nosie. To do nich trzeba się dostosowywać. Nagle się okazuje, że nie jesteśmy pępkiem świata, wokół którego wszystko się kręci. Dzieci się rodzą, kiedy chcą, chorują, kiedy chcą, mają potrzebę przytulenia się akurat wtedy, kiedy się rozpłakały, i o określonej godzinie trzeba je odebrać ze szkoły. I to jest istotniejsze niż wszystko inne.

Co jeszcze zmieniły w tobie dzieci?

- Niezdrowe myślenie o sobie samej. To nieustanne "powinnam coś zmienić, coś poprawić, nie jestem wystarczająco dobra w tym i w tamtym, nie jestem idealna". To nie znaczy, że dzisiaj myślę, że jestem idealna, tylko daję sobie przyzwolenie na to, żeby tak było. Nikt z nas nie jest perfekcyjny, nie da się spełniać wymagań i oczekiwań wszystkich wokół. Przede wszystkim trzeba zaspokajać swoje pragnienia, a dopiero potem świata. Dopóki byłam sama, wydawało mi się, że to, co myślą o mnie ludzie, jest strasznie ważne. Dzieci mnie na to uodporniły. Dzisiaj istotne jest to, czy moje "stado" jest zaspokojone i szczęśliwe, a przy okazji - czy nie robię krzywdy innym. Moje życie mnie satysfakcjonuje. Nie potrzebuję fajerwerków.

Naprawdę ci się wydawało, że jesteś niewystarczająco dobra?

- Ciągle mi się tak wydaje, ale w tej chwili mam do tego dystans. Nie potrafiłam się oderwać od tego zewnętrznego oceniającego oka. I to mi przeszkadzało w pracy. Parę ról zagrałam poprawnie, ale bez takiego aktorskiego jaja i szaleństwa. Wydawałoby się, że posiadanie dzieci sprawia, że stajemy się statecznymi, odpowiedzialnymi rodzicami i gubimy gdzieś tego wewnętrznego dzieciaka, ale u mnie stało się na odwrót. Dzieci, obserwowanie, jak się rozwijają i poznają świat, sprawiło, że odkryłam w sobie dzieciaka na nowo. Po śmierci mamy, a zmarła ona, kiedy miałam 9 lat, zagłuszałam go w sobie. Wydawało mi się, że muszę być dorosła. Dzisiaj myślę, że zbyt rzadko się z dziećmi wygłupiamy, a za często - spieszymy. Za mało w naszym życiu "głupawki", która daje tyle radości. Zabawy z dziećmi uwalniają mnie od codziennych norm i konwenansów.

Czyli dzieci cię wyzwoliły?

- Wychowuję córkę i syna intuicyjnie, mam zaufanie do siebie jako mamy. Chyba słusznie, bo moje dzieci są fajne, dobrze wychowane i szczęśliwe. Oczywiście mamy problemy, jak wszyscy, ale dzielnie sobie z nimi radzimy. Gdy miałam tylko Lenusię, wydawało mi się, że jest więcej reguł, których należy się trzymać.

Czy dzieci ci coś odebrały?

- Czas dla mnie samej. Zawsze lubiłam biegać, jestem typem sportowym, a w tej chwili trudno mi wrócić do tego nawyku i do systematyczności. Przestrzeń dla związku też się skurczyła. Dzieci są priorytetem, a to nie jest dobre, bo prowadzi do spięć między partnerami, które wynikają z braku czasu, rozmów, z braku przestrzeni na intymność. Dochodzi zmęczenie, praca, w nocy trzeba wstać, rano też. Ciężko jest wyjść z partnerem z domu, zostawić dzieci z nianią, znaleźć czas tylko dla nas. Ale kiedy już się uda, jest wspaniale. Za każdym razem, gdy już wracamy z "randki", pytamy siebie, dlaczego nie robimy tego częściej. A potem znów dopada nas codzienność...

Twój partner jest fotografem?

- Z wykształcenia, ale w tej chwili jest szefem działu w korporacji. Spełnia się w tej roli, ale zjada go odpowiedzialność i intensywność tej pracy. Schudł, nie ma czasu na jedzenie. Już w niedzielę głowę ma zajętą pracą. Ale myślę, że nie chciałby wracać do robienia zdjęć. Kiedy się poznaliśmy, ja bardzo dużo pracowałam, a Daniel miał tej pracy zdecydowanie mniej. Kiedy na świecie pojawił się nasz syn, poczuł potrzebę bycia głową rodziny. Stała, intensywna, dobrze wynagradzana praca daje mu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Realizuje się w niej.

Czego się nauczyłaś, wchodząc w kolejny związek?

- Że każdy związek jest inny, bo każdy człowiek jest inny. Wydawało mi się, że ponieważ Daniel jest kilka lat młodszy ode mnie, a ja jestem "doświadczoną kobietą z dzieckiem", to znowu świat dostosuje się do mnie. A trafiłam na podobną osobowość - ambitną i upartą. Obydwoje chcemy się realizować, jesteśmy skłonni do negocjacji, ale nie jednostronnych. Daniel to twardy zawodnik i to też mnie w nim fascynuje. Kłócimy się, ale to dobrze, bo to znaczy, że potrafimy wyrzucić z siebie negatywne emocje. To dotyczy przede wszystkim mnie, bo to ja miałam z tym problem.

- Kiedyś zamiatałam rzeczy pod dywan, ale w tej chwili już tego nie robię. To kwestia terapii, ale też spotkania z człowiekiem, który nie przymyka oka na rzeczy, które mu nie pasują, mówi od razu, co mu się nie podoba, a ja muszę się do tego ustosunkować. Nie ma odkładania na później, milczenia, robienia po swojemu. Po drugiej stronie jest oczekiwanie, żebyśmy coś ustalili. To dla mnie trudne, ale na dłuższą metę dobrze działa.

Na terapię poszłaś po rozstaniu z poprzednim partnerem Piotrem?

- Wcześniej.

Czego się dowiedziałaś?

- Że decydujemy się na zmianę, bo nam się wydaje, że następny związek będzie lepszy, ale jeśli sami się nie zmienimy, to będziemy popełniać wciąż te same błędy i kolejne związki dojdą do podobnych punktów. Dlatego pracuję nad sobą, staram się być mądrzejsza, przeszłam terapię. Już wiem, z czym mam kłopot.

Z czym?

- Z komunikowaniem negatywnych emocji i z asertywnością. Kiedy muszę powiedzieć komuś "nie", jest to dla mnie jednoznaczne z tym, że zrobię drugiej osobie przykrość.

Wolisz więc zrobić przykrość sobie?

- Albo robię przykrość sobie, albo odkładam odpowiedź. Nie odbieram telefonu, nie oddzwaniam. I to zawsze prowadzi do jakiejś katastrofy, bo osobie po drugiej stronie faktycznie robi się w końcu przykro, bo się na coś nastawia, a tu po tygodniu nieodbierania telefonu słyszy: "Przepraszam, ale nie". To jest coś, nad czym pracuję, wychodzi mi coraz lepiej, ale wciąż mam problem.

Nad czym jeszcze pracujesz?

- Nad wyrażaniem emocji w stosunku do bliskich osób. Staram się mówić na bieżąco, o co mi chodzi, również te pozytywne rzeczy. Czasem coś wykrzyczę, ale zazwyczaj udaje się spokojnie. To duża zasługa Daniela, jego oczekiwań, że porozmawiamy, że nie zasnę, kładąc dzieci spać, a nawet jeśli, to szturchnięta zejdę na dół i pogadamy.

Codziennie musicie tak wszystko przegadać?

- Nie, mamy dla siebie odrobinę wyrozumiałości... Z dziećmi fantastycznie się usypia, choć śpi się z nimi gorzej.

Twoja mama zmarła na raka, kiedy miałaś 9 lat...

- Tak, później miałam dwie macoszki. Obie cudowne, zupełnie inne. Jedyne, co je łączy, to siła charakteru, niezależność i dominująca pozycja w stadzie. Tata lubi takie kobiety. Mama była podobna.

Czyli byłaś wychowywana przez same silne kobiety.

- Silne, przedsiębiorcze i samowystarczalne. Ja też chcę być taką kobietą, chcę, żeby moja córka taka była. Bo czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają wrażliwcom. Ukształtowały mnie kobiety, które kierują się rozumem, a nie emocjami. Dały mi poczucie, że jeśli ja też taka będę, to być może moje życie będzie podobne do ich życia - kolorowe i ciekawe, ale stabilne i bezpieczne. A gdyby cokolwiek się wydarzyło, to i tak sama sobie poradzę. I czuję, że tak jest. Umiem sobie radzić, potrafię zrobić wiele rzeczy, które przynależą mężczyznom. Ale kiedy pojawił się Daniel, zaczęłam mu trochę tego oddawać.

Łatwe było dla ciebie to oddawanie pola?

- Najpierw się tym denerwowałam, ale teraz się cieszę, że nie muszę sama wszystkiego pilnować. Że mogę mieć zaufanie do drugiej osoby i nie sprawdzać wszystkiego. Bo wcześniej nawet jak coś komuś oddawałam, to i tak potem sprawdzałam, czy jest dobrze zrobione. I zawsze było zrobione źle, bo przecież "ja to zrobię lepiej". Dla drugiej osoby może być to frustrujące. Można to odebrać jako brak zaufania.

Jak ci się udało to pokonać?

- To też pewnie wynik terapii. Skarżyłam się psycholożce, że wszystko muszę robić sama, że trafiam na partnerów, którzy nie są samodzielni, muszę za nich podejmować decyzje. A to nie była prawda. To nie oni tacy byli, tylko ja ich tak kształtowałam. Jestem na tyle silną osobą, że małymi kroczkami potrafię sprawić, że wszystko pracuje tak, jak tego chcę. Oczywiście było to działanie w dobrej wierze, ale "dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane". A potem mnie frustrowało, że moi partnerzy nie są silnymi facetami. A to ja nie dawałam im na to szansy. Terapeutka uświadomiła mi, że mam tu pracę do wykonania. Myślę, że oboje jesteśmy z Danielem szczęśliwsi, że potrafię oddać mu część obowiązków.

Dzielicie się?

- Nie mamy jakiegoś sztywnego podziału, ale staram się już nie kosić trawnika, kiedy jemu zdarza się zapomnieć albo nie ma na to czasu. Nie wiem, czy to przychodzi z wiekiem, czy z doświadczeniem, ale dzisiaj łatwiej toleruję niedoskonałości innych.

Synów się chyba ciągle wychowuje na królów świata. Stąd biorą się partnerzy, z którymi mamy kłopoty.

- Niestety. Współpracuję z Oriflame, jeżdżę na spotkania z konsultantkami i od wielu kobiet dowiedziałam się, że bardzo często, kiedy kobieta zaczyna osiągać sukces i zarabiać więcej niż jej życiowy partner, pojawiają się konflikty, a nawet żądanie ze strony mężczyzny, że ma przestać pracować, bo zaniedbuje dom i dzieci. Mamy XXI wiek, ale w mniejszych miejscowościach to wciąż tak wygląda. Rozmawiałam z tymi dziewczynami. Dostały wybór - albo zostają w domu i przestają pracować, albo nie będziemy razem. I one się poddają, rezygnują. Bo mężczyzna nie daje sobie rady z ich sukcesem. Choć na szczęście nie wszystkie tak postępują.

Ale twój partner daje sobie radę z twoimi sukcesami. Jesteś nastawiona na rozwój. Ludzie się boją iść na terapię, boją się o tym mówić. Ty nie.

- W tej chwili nie potrzebuję już tradycyjnej terapii, ale bardzo chętnie znalazłabym w sobie przestrzeń na medytację. Na to, żeby móc uspokoić myśli, żeby potrafić się wyciszyć. W domu nie jestem w stanie usiąść i odpocząć. Nawet w weekend, bo zabawa, spacer, konie, obiad. A wieczorem się dziwię, że boli mnie kręgosłup, bo "jeszcze dzisiaj nie usiadłam". Nawet gdy jemy obiad, to ja krążę, donoszę, karmię młodego, sprzątam.

- Chciałabym umieć powiedzieć sobie, że to nieważne, że jest nieposprzątane na stole. Nie musisz wstawiać prania w tej chwili i w tej chwili płacić rachunku. Usiądź, odpocznij, miej godzinę dla siebie. Taką przestrzeń dawało mi bieganie, wtedy wyłączałam się ze wszystkiego. Słuchałam audiobooków. Dlatego dzisiaj tak bardzo lubię je nagrywać. Bo to jest trochę taki czas dla mnie. Zamykam się na kilka godzin w małym pokoiku, telefon wyłączony, cisza, spokój.

Czyli teraz szukasz dla siebie spokoju?

- Jestem przyzwyczajona, że dnie spędzam na planie, a wieczorem jadę do teatru. Uwielbiam scenę, garderobę, moich teatralnych przyjaciół. Teatr daje mi możliwość pokazania czegoś więcej z mojego aktorskiego emploi. Dlatego tak kocham spektakl "Czechow żartuje!", w którym wcielam się w siedem różnych kobiecych postaci. W sumie mam teraz dużo pracy - kilka spektakli, plany dwóch seriali, koncerty. Ostatnio przez chwilę miałam tych zajęć trochę mniej i od razu poczułam niepokój. Poza tym kiedy mam takie luźniejsze dni, to one mi się "rozłażą". Przy dużej ilości zajęć i dobrze poukładanym dniu wzrasta mi wydajność. Ciągle mi się wydaje, że za mało robię, nie potrafię docenić tego, że pracuję i ogarniam dom, nie potrafię siebie za to pogłaskać. Chciałabym umieć się docenić i dobrze o sobie pomyśleć.

Z czego to się bierze?

- Chyba wyniosłam to z domu. Wszystkie kobiety, które obserwowałam jako dziecko i nastolatka, były bardzo pracowite, mama zawsze bardzo dużo pracowała. Pamiętam, że kiedy kupowała chleb, to zawsze odgryzała piętkę, bo nie miała czasu porządnie zjeść. Ja robię to samo. Wiecznie w biegu, w pośpiechu. Mam chorobę Hashimoto, jak wiele kobiet, a ktoś mi powiedział, że choroby tarczycy wynikają z wewnętrznego pośpiechu. Nie umiem funkcjonować bez wewnętrznej ekscytacji, podenerwowania. Chciałabym umieć się zająć sobą, kiedy nie mam tysiąca rzeczy do zrobienia. Chciałabym nie mieć potrzeby tego ciągłego gonienia. Tak, szukam spokoju.

Anna Rączkowska

GRAZIA 6/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również