Wie, że od świata dostanie tyle, ile sama zechce wziąć. Dlatego Beata Ścibakówna wciąż szuka, wymyśla, organizuje. Nie ma odpowiedniej roli? Trzeba samemu wyprodukować spektakl. Przeszkody ją mobilizują, a przezwisko „dyrektorowa” – bawi.

Zdjęcie

Beata Ścibakówna, fot. Agnieszka Śnieżko /East News
Beata Ścibakówna, fot. Agnieszka Śnieżko
/East News

Lubi pani seriale?

Beata Ścibakówna: - Dobre - tak. I kostiumowe! "Downton Abbey", "Wersal", "Tudorowie", "Peaky Blinders"... Ale nie jestem aż taką fanką, żeby siedzieć nocami i oglądać sezon za sezonem.

Reklama

A grać w serialach pani lubi?

- W dobrych - tak. W "House of Cards" chętnie bym zagrała, rola Robin Wright jest stworzona dla mnie! Ale w Polsce takich seriali się nie robi...

Są dla pani role? Czuje się pani tu potrzebna?

- Niestety nie. Myślałam, że po bardzo dobrym serialu "Skazane", gdzie grałam główną rolę, worek z propozycjami trochę się otworzy. Kilka się nawet pojawiło, ale potem przyszła dobra zmiana i to wszystko zmiotła. Cieszę się z "Diagnozy", bo ma publiczność i dobre recenzje. A wiem, że moja postać się rozwinie.

Pani mąż, Jan Englert, powiedział kiedyś, że jest pani aktorką niedocenianą.

- Ale co mam zrobić? Dzisiaj są mody na pewne typy ludzkie, a ja chyba niekoniecznie do nich pasuję. Może powinnam żyć w latach 60., 70., kiedy się robiło więcej filmów i seriali historycznych i kostiumowych? "Stawka większa niż życie", "Noce i dnie", "Potop". Lepiej bym się tam odnalazła niż we współczesnych, które opowiadają przeważnie o brudnym, złym i brzydkim świecie. Ja jakoś do tego nie pasuję. Chociaż taka propozycja byłaby aktorskim wyzwaniem.

Dlaczego?

- Jestem inaczej postrzegana. Zazwyczaj grałam kobiety silne, rządzące, z dobrych domów, właścicielki dobrych samochodów. Ilona Łepkowska mi kiedyś powiedziała, że będę taką polską Alexis. I trochę tak było. "Skazane" przełamały ten wizerunek. Producenci serialu zobaczyli we mnie aktorkę, która ma różne emploi. I to było wspaniałe. Ambicje zawodowe zaspokajam w teatrze. Gram role skomplikowane psychicznie i fizycznie. Potrafię się zmieniać.

Dlaczego obsadzano panią w rolach kobiet silnych i przebojowych?

- Nie wiem. Ja samą siebie postrzegałam jako delikatną blondynkę. Aż tu nagle Andrzej Łapicki obsadził mnie w "Ślubach panieńskich" hrabiego Fredry nie w roli delikatnej Anieli, tylko Klary, która jest bezczelna i z przytupem. Byłam załamana i przekonana, że nie podołam, ale mistrz wiedział, co robi. Uwielbiałam grać tę Klarę. Bawiłam się nią. Byłam nią. Rola została doceniona przez publiczność i krytykę. Zaczęto mnie postrzegać jako silną osobowość. Chyba nigdy nie zagrałam kobietki kruchej i słabej. A chciałabym.

W życiu też jest pani silna?

- Zdecydowanie tak. Kilka lat temu zostałam przeczołgana przez los, ale dałam radę. Mój mąż powiedział wtedy, że nie przypuszczał, wieże jestem aż tak silna. Człowiek, z którym jestem tyle lat. Jestem zodiakalnym Bykiem, byki takie są. Padną, ale się nie poddadzą.

A mi się wydawało, że Byki są spokojne, ułożone, lubią dobrze się umościć...

- Chyba czytamy inne horoskopy (śmiech). Byki często mają artystyczną duszę. Ciągle muszą coś inicjować, tworzyć. Gna mnie po świecie, nie wysiedzę zbyt długo w domu. Moja rodzina twierdzi, że mam ADHD, ale to nieprawda. Po prostu zawsze sobie znajdę coś do zrobienia, poczytania, wymyślenia, stworzenia.

Nie znudziła się pani jeszcze praca z mężem?

- Tak naprawdę rzadko razem pracujemy. Owszem, mąż jest dyrektorem Teatru Narodowego, w którym jestem aktorką, ale bardzo rzadko grywam z nim i w jego sztukach.

Kto tego nie chce?

- Mąż nie układa dla mnie repertuaru teatru. Myśli o swoich wielkich gwiazdach, o Danusi Stence, Ewie Wiśniewskiej, Januszu Gajosie, Jerzym Radziwiłłowiczu, a nie o swojej żonie. Nie gram głównych ról w Narodowym.

I to pani nie denerwuje?

- Czasami tak. Kiedyś miałam dłuższą przerwę w graniu w macierzystym teatrze i zajęłam się produkcją spektakli. To zajęcie okazało się satysfakcjonujące. Wciąż szukam nowych sztuk do wyprodukowania. Zrobiłam już cztery.

To jest pani plan B? Żeby się nie frustrować?

- Tak. Oczywiście to są spektakle komercyjne, one muszą się sprzedać, jeździć po Polsce. "Intrygę" na przykład zagraliśmy już 150 razy. To się rzadko zdarza w teatrach repertuarowych. Mamy publiczność w Warszawie i w całym kraju. Graliśmy w Sztokholmie, Toronto, w Nowym Jorku, w Chicago, w Duseldorfie. To mój producencki sukces teatralny.

Pani artystyczna dusza ogarnia tego typu organizację?

- Poza znalezieniem dobrego tekstu, reżysera i aktorów, konieczni są sponsorzy, partnerzy barterowi. Ale daję radę. To jest chyba takie "bycze" właśnie - nie bujam w obłokach, nie czekam na propozycje, jestem tu i teraz, i wiem, że wiele ode mnie zależy. Zawsze tak było.

Zawsze?

- Chyba tak. Nie robię w życiu planów dalekosiężnych, tylko takie małe, odpowiednie dla danej chwili. Kiedyś chciałam się dostać do teatru amatorskiego w Zamościu - tam nie było innego - poszłam więc na casting i się dostałam. Potem zaczęłam myśleć o szkole teatralnej. Do Krakowa mnie nie chcieli, ale przyjęła mnie Warszawa. Gdy czegoś chcę, zapala mi się taka mała lampeczka i do tej lampeczki zmierzam. Sama staram się kreować swoją drogę, bo nie lubię czekać i nie mieć wpływu. Oczywiście nie zawsze jest łatwo, ale trzeba się starać. A jeśli chodzi o mój "gen organizatora" - organizuję też wszystkie wyjazdy i podróże mojej rodziny. W tej chwili zajmuję się świętami i sylwestrem.

Ile lat ma pani córka?

- 17.

I jeszcze z wami jeździ?

- Uwielbia z nami jeździć. Z kim ma poznawać świat w tym wieku, jak nie z rodzicami? Córka pomaga mi w planowaniu, szuka ciekawych miejsc, które chciałaby zwiedzić.

Jaką macie relację?

- Ostatnio zabroniła mi o tym mówić, więc proszę mi wybaczyć, ale muszę to uszanować.

A pani? Jaką miała relację ze swoją mamą?

- Moja mama była silną, mocną kobietą, rządziła rodzinnym domem. Ja miałam swój artystyczny świat, a ona swój. Kiedyś inaczej się wychowywało dzieci. Nie rozmawiało się o uczuciach, nie okazywało ich tak bardzo. Mama bardzo wartościowała mój świat. Tłumaczyła, co jest ważne, a co mniej. Że najpierw wiedza, obowiązek, a potem przyjemności. Zbliżyłyśmy się z nią bardzo, kiedy urodziłam Helenę i zaistniały trzy pokolenia - babcia, matka i córka. Dzisiaj związki rodziców z dziećmi są chyba bardziej partnerskie, choć nie jestem za tym, żeby wychowywać dzieci bezstresowo, żeby im na wszystko pozwalać. Dzieci lubią wiedzieć, co jest białe, a co czarne, co im wolno, a czego nie. Granice muszą być wyznaczone. W wolnym świecie dziecko się gubi, wybiera najłatwiejsze sposoby dotarcia do celu, a te nie zawsze są najlepsze.

Jak wyglądał pani dom?

- U mnie w domu była sama "rogacizna" - ja i mój tata Byki, brat Koziorożec, a mama Baran. Czasami były mocne spięcia, ale chyba budujące. W rodzinie zawsze są konflikty, ale chodzi o to, żeby one coś tworzyły. Mama pilnowała, żeby wszystko szło w dobrym kierunku, rozwijało się, miało ręce i nogi. Chociaż mój brat w pierwszej klasie szkoły podstawowej, pierwszego dnia, poszedł na wagary (śmiech).

Mama pracowała?

- Oczywiście, kiedyś wszyscy pracowali, od 7.00 do 15.00. Rzadko bywałam w domu, bo miałam mnóstwo zajęć dodatkowych. Zawsze mnie gdzieś gnało, chciałam robić wszystko. W Zamościu byłam tzw. popularną dziewczyną - jak coś trzeba było zorganizować, poprowadzić chór, akademię, powiedzieć wiersz, to zawsze proszono mnie. Nie było dla mnie rzeczy nie do zrobienia. Najbardziej mnie wkurza, jak ktoś mówi, że czegoś się nie da. Taka osoba jest dla mnie zdyskwalifikowana, znika z listy znajomych. Wszystko się da! Ale nie można się poddawać na samym początku! Może dlatego właśnie do mnie przychodzono z różnymi sprawami. Byłam i jestem taką osobą.

W waszym domu to pani jest szefową?

- Mąż rządzi w teatrze, a ja w domu. Musi być po równo. Rozumiem polityków. Władza wciąga. Jak ktoś raz po nią sięgnie, to nie chce się z nią pożegnać. Przyjemnie mieć wpływ na to, co się dzieje, czuć, że twoje decyzje są respektowane, że jesteś kimś. Ja też muszę mieć wpływ na to, co się dzieje u nas w domu.

W waszym związku nie było nigdy zazdrości zawodowej?

- Nie miała szansy się pojawić. Mój mąż, jak się poznaliśmy, miał już za sobą mnóstwo sukcesów. Był spełnionym, znanym, szanowanym człowiekiem, aktorem, reżyserem, pedagogiem. Zazdrość nie miałaby sensu. Zamiast zazdrościć, sama wolałam się wspinać. Nie dzięki jego nazwisku, bo przecież nigdy go nie przyjęłam. Mąż też mnie nigdy nie forował. Nie rozmawiał z reżyserami, żeby mnie zatrudnili, wręcz przeciwnie, przyznał się nawet do tego, że gdy profesor Jarocki reżyserował w Narodowym "Tango" i chciał mnie obsadzić, mąż stwierdził, że jestem za młoda i zaproponował Grażynę Szapołowską. Takie rzeczy się zdarzały.

Bycie żoną dyrektora to trudna, czy łatwa funkcja?

- Różnie. Różne są dyrektorowe. Mnie nazywają "dyrektorową narodową" i lepiej być Narodową niż - jak powiedział profesor Rogacki - "powszechną", "starą" czy "kwadratową" (śmiech). Ten przydomek nadał mi Sławek Piwowarski, kiedy pracowaliśmy razem przy "Złotopolskich". Och, moja Mirelka ze "Złotopolskich" dała mi dużo radości - nie dostałam kilku mandatów, bo w serialu dobrze masowałam komendanta policji Pawła Wawrzeckiego...

Mówi się o pani, że jest damą...

- O, to bardzo miłe. Bo kiedy myślę "dama", to przed oczami od razu widzę panią Beatę Tyszkiewicz. Dama kojarzy mi się z kimś, kto ma styl, klasę, dystans, kto nie jest tak łatwo osiągalny. Kto jest szanowany i poważany. Dama kojarzy się też z pewną dojrzałością.

Czy pani przypadkiem nie była zawsze trochę bardziej dojrzała niż inne dziewczyny?

- Na pewno jeśli chodzi o urodę. Są ludzie, którzy bardzo długo wyglądają młodo, a potem nagle się starzeją. I są też tacy, którzy od początku wyglądają "dojrzale" - ja chyba właśnie do nich należę. Nigdy nie byłam filigranową, szczuplutką blondynką, zawsze miałam biust, pupę. Kobiece warunki. Nigdy też nie zagrałam roli trzpiotki, raczej zawsze kogoś, kto miał już dzieci, nawet w "Radiu Romans", kiedy byłam zaledwie 23-letnią dziewczyną.

Dojrzałość w czymś pani przeszkadza?

- Nie odczuwam tak bardzo mojego wieku - uprawiam sport, ćwiczę, mam kondycję, czuję, że wiele jeszcze mogę. Więc może bez przesady z tą dojrzałością. Ale wie pani co...

Słucham?

- Być może dojrzałam wcześniej, bo wcześnie związałam się ze swoim mężem? Siłą polskiego teatru i kina, oni wszyscy byli ode mnie starsi i mądrzejsi. W ich towarzystwie bałam się odezwać, cokolwiek powiedzieć. To byli przecież państwo Holoubkowie, Szczepkowscy, Łapiccy, Wojtek Młynarski, Dudek Dziewoński, Tadeusz Konwicki... Ludzie, o których uczyłam się w szkole teatralnej! I nagle okazało się, że to moi znajomi, spotykamy się na prywatnych przyjęciach. Ta młodziutka dziewczyna z prowincjonalnego Zamościa nagle znalazła się wśród ludzi, wśród których bała się powiedzieć zdanie po polsku, żeby się przypadkiem nie ośmieszyć. W takiej sytuacji człowiek szybciej dojrzewa.

Czy to pani czegoś nie zabrało?

- Być może coś straciłam, ale na pewno bardzo dużo zyskałam. Bardzo dużo się przy nich wszystkich nauczyłam.

Robi pani podsumowania? Ogląda się pani na to, co było?

- To się chyba samo robi. Śmieję się, że miałam pierwszą młodość zamojską i drugą warszawską. Ta druga trwa o wiele dłużej. Jest oczywiście etap przed dzieckiem i po dziecku, bo dziecko przewartościowuje rozmaite sprawy. Moje myślenie się zmieniło, kiedy zaczęłam samodzielnie produkować spektakle. Zobaczyłam, jak wiele ode mnie zależy, jaka to satysfakcja, kiedy się zrobi coś własnego od początku do końca. Wtedy uwierzyłam, że to, co wymyślę, uda się! Komu, jak nie mnie? Kiedy kończyłam czterdziestkę, włączyło mi się nagle takie przemijanie, ale nieżyjąca już wspaniała aktorka Mira Dubrawska przekonała mnie, że przede mną najpiękniejsze lata w życiu kobiety i to mi dało potężny zastrzyk energii. Trzeba brać to, co mamy teraz, bo życie jest kruche i krótkie. Jezu, jaka sentencja!

A co jest teraz dla pani najważniejsze?

- Skupiam się na córce, na rozmowach z nią, bo ona ma przed sobą ważne decyzje. Chcę, żeby podjęła te właściwe.

Ona też chce być aktorką? Ciągle gdzieś gra - "Barwy szczęścia", "W rytmie serca", "Wojenne dziewczyny".

- No tak. Na razie nie wiadomo. Jest plan A, plan B i plan C. Chodzi do szkoły z międzynarodową maturą. Jeśli będzie chciała studiować za granicą, proszę bardzo, niech jedzie.

Nie boi się pani, co będzie, jak wyfrunie z gniazda?

- Nie. Ja sama też dosyć wcześnie wyfrunęłam. Podróż z Zamościa do Warszawy trwała wówczas 7 godzin pociągiem. A teraz podróż z Warszawy do jakiejkolwiek stolicy europejskiej trwa niecałe trzy godziny. Są komórki. Przecież w wychowaniu dzieci chodzi o to, żeby przygotować je do samodzielnego życia. A gdzie to życie będzie się toczyło, to już inna rzecz. Ja byłam przygotowana. Rodzice nauczyli mnie samodzielności. Zawsze byłam zaradna.

Pani córka też jest przygotowana?

- Robię wszystko, żeby była.

A waszej relacji z mężem puste gniazdo nie zaszkodzi?

- Wie pani co? My jeszcze mamy naszą Bellę (psa, przyp. red).

Anna Rączkowska

GRAZIA 10/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Blond: Jasny ideał

    Najmodniejsze blondy tego sezonu to te najjaśniejsze, inspirowane kolorem włosów Skandynawów i małych dzieci. Dzięki nowoczesnym sposobom farbowania są piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. więcej