Nie goni ślepo do przodu i nie rozpamiętuje. Docenia codzienność tu i teraz. Jeśli marzy, to bez żalu i zazdrości. O swoim domu i rodzinie mówi: wybór i wolność, a nie więzienie. W jej słowach jest dojrzałość, a w oczach – dziewczyna.

Zdjęcie

Jestem pozbawiona umiejętności zawalczenia o siebie. Wielkim prezentem od losy byli ludzie, którzy robili to za mnie /Marcin Kempski/I like photo /Grazia
Jestem pozbawiona umiejętności zawalczenia o siebie. Wielkim prezentem od losy byli ludzie, którzy robili to za mnie
/Marcin Kempski/I like photo /Grazia

W tym roku na gali Orłów wystąpiła pani w roli wręczającej nagrodę. Łatwiej jest nagrody wręczać czy przyjmować?

Danuta Stenka: - Oczywiście, że wręczać (śmiech). Przyjemnie  jest otrzymywać, bo nagroda jest zwieńczeniem, wisienką na torcie, ale wszystko, co najsmaczniejsze, jest pod nią - ciekawa rola, ciekawa praca, a więc przygoda, dobry czas spędzony z ludźmi.

Reklama

Pani sporo tych nagród otrzymała...

- ... troszeczkę (śmiech).

Ale czemu łatwiej je wręczać?

- To miłe, bezstresowe zajęcie. Bez żadnej odpowiedzialności, może jedynie poza tym, żeby nie wywinąć orła w drodze do mikrofonu.

... z tym że to by była oscarowa wpadka! Ale tzw. wpadek pani na swoim koncie nie ma. Kiedy oglądam po tego typu imprezach kroniki towarzyskie, wymienia się panią jako wzór dojrzałej elegancji i piękna. Nie peszy to pani?

- Zupełnie, bo ja relacji z imprez w ogóle nie oglądam. Wiem, że rozmaite portale internetowe istnieją, bo zaglądają tam bliscy mi ludzie, ale jeśli nawet znajdują coś nieprzychylnego, to pewnie mi tego oszczędzają. Ja żyję poniekąd jak za dawnych czasów. Najczęściej stykam się z opiniami ludzi, których spotykam osobiście.

Kobiety są niestety oceniane przez pryzmat wyglądu. Często i surowo.

- To prawda. Na kobiety się patrzy i wymaga się od nich wyglądu. Na kobiety patrzą i mężczyźni, i kobiety.

Czy panią to drażni?

- Drażni? Nie, to nie w tych kategoriach. To jest po prostu płaskie. Wiadomo, że człowiek to złożona historia, a wygląd jest jedynie opakowaniem, na które mamy niewielki wpływ. Dostaliśmy je bez możliwości wyboru, nie jest ono ani naszą zasługą, ani naszą winą. Wpływ
mamy jedynie na zawartość tego opakowania.

Pani, jak czytałam w pani biografii, późno zaakceptowała to "opakowanie" i jako dojrzała osoba uwierzyła, że może grać atrakcyjne kobiety.

- Jako młoda dziewczyna przy wzroście 167 cm ważyłam 70 kilogramów. Trochę tego ciała na sobie nosiłam, więc na moje postrzeganie samej siebie na pewno wpłynęły zmiany w fizyczności. Ale tak naprawdę wydaje mi się, że to przyszło z dojrzałością. Dojrzewając, nabieramy świadomości siebie, swoich praw i pewności. Kiedy pojawiła się rodzina, dzieci, wzrosła odpowiedzialność, znalazłam się w innym miejscu w relacjach. Miała na to również wpływ sytuacja zawodowa, bo z czasem nie byłam już początkująca. A wcześniej? Starsze aktorki nazywały młode Krowiętami. "Krowięta skoczy po oranżadę", "Krowięta przyniesie papierosy".

Obcesowe.

- Nie, w moim przypadku pełne sympatii.

Wiem, że źle pani zniosła trzydzieste urodziny.

- Tak to już ponoć jest - kobiety zazwyczaj najtrudniej przechodzą spotkanie z trzydziestką, a mężczyźni z czterdziestką. Na tę trzydziestkę złożyło się dodatkowo kilka rzeczy. To były moje początki w Warszawie. Świeżo poślubiony mąż został w naszym poznańskim mieszkaniu, a ja, jak na stancji, w pokoju wynajętym u starszej pani, mamy przyjaciela mojej "mamy teatralnej". Poza tym szara, ponura, smutna jesień - ta pora roku ma na mnie nie najlepszy wpływ, choć październik to miesiąc moich urodzin. Jesień mnie dołuje, wszystko, co jasne, lekkie, piękne, kończy się, umiera. Tego dnia, pamiętam, idąc do teatru, myślałam: co ja właściwie robię w tej Warszawie, nikogo tu nie znam, kto mnie tutaj potrzebuje! Tak, wtedy uważałam, że nic mnie już nie czeka.

Ale dostała pani angaż w Teatrze Dramatycznym, przed panią były nowe szanse.

- Ale ja tego nie czułam! W Szczecinie i Poznaniu były dwa teatry i radio. A w ogromnej Warszawie, z tyloma teatrami i w tej masie aktorów, czułam się mrówką. Aktorki w moim wieku były w tym mieście już znane reżyserom - choćby ze szkoły. Więc właściwie potrzebny był cud.

Cud?

- Tak, i cud się zdarzył - Tomek Zygadło zaproponował mi rolę w teatrze telewizji. Usłyszał o mnie od swojego scenografa, Jerzego Rudzkiego, który widział mnie na scenie jeszcze w Szczecinie. Ale skąd on wiedział, że jestem już w Warszawie? Nie mam pojęcia.

Pani lubi podkreślać rolę dobrego przypadku w pani życiu. Takie dziecko szczęścia.

- Tak mogę o sobie powiedzieć. Jestem niestety pozbawiona umiejętności zawalczenia o siebie. "Sierotka Marysia", dziewczynka, która trzymała się zawsze maminej spódnicy, a kiedy opuściła dom, chwytała się spódnicy przyjaciółki czy innej życzliwej osoby albo stała w kącie. Tyle o sobie wiedziałam. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy stanęłam na scenie i uświadomiłam sobie, że jest we mnie ogromna siła. Ale ona ujawnia się tylko w tych momentach, w samej pracy.

To się z biegiem lat nie zmienia?

- Raczej nie, nie umiem komuś zaproponować siebie. To mnie bardzo krępuje. Dlatego wielkim prezentem od losu byli ludzie, którzy robili to za mnie. Ktoś złożył mi jakąś propozycję, komuś zasugerował moją osobę. W pewnym momencie wzięła mój los w swoje ręce agentka.

Zawsze wydawało mi się, że prędzej czy później, kiedy przychodzą sukcesy i nagrody, kończy się powątpiewanie w siebie, a rodzi się pewność siebie.

- Na pewno świadomość siebie i swoich możliwości mam dzisiaj inną. Pracując z młodymi ludźmi, zdałam sobie sprawę, że jednak coś potrafię, mam warsztat, zgromadziłam przez lata narzędzia do uprawiania moich ról. Ostatnio, rozmawiając o poczuciu własnej wartości, usłyszałam: "Jakże może się pani bać, myśleć, że nie zagra pani tej roli, przecież dostała pani za nią nagrodę!". A ja na to: "Tym gorzej!". Oczywiście sama nagroda sprawia radość, ale z nią dostaję w pakiecie poczucie odpowiedzialności, które każe mi myśleć, że teraz to dopiero muszę dobrze grać. A przecież, gdy gra się nawet dobry spektakl, wśród kilkudziesięciu wystąpień może kilka jest naprawdę wybitnych. I nie ma się na to żadnego wpływu.

To się po prostu musi wydarzyć?

- Tak, albo Pan Bóg odkręci kranik, albo nie. Nie można się tego ani nauczyć, ani wypracować. To się po prostu zdarza, w tym momencie, w tym miejscu, pomiędzy tymi konkretnymi ludźmi na scenie i na widowni. To jakaś ulotna cząstka, która sprawia, że niezła rola staje się świetną, a świetna wybitną.

A kiedy tak się nie zdarzy, nie ma pani satysfakcji.

- Mam poczucie niedosytu. Nawet jeśli wszystko poszło, jak należy, wiem, że do ideału daleko.

Czyli pani zawodowo wciąż goni królika.

- Tak, idealna sytuacja.

Czterdzieste, pięćdziesiąte urodziny zniosła już pani łatwiej?

- Czterdziestkę przywitałam z wewnętrznym uśmiechem. Ciekawy czas. Czułam w sobie wyraźną zmianę. W świadomości siebie. Miła konstatacja. A pięćdziesiątka mnie ubawiła, jakby mnie za kogoś przebrano. W moim wyobrażeniu siebie jako pięćdziesięciolatki było coś ciężkiego, tymczasem ja tego ciężaru w ogóle nie odczuwałam. I nadal nie odczuwam, mimo że bliżej mi już do sześćdziesiątki.

Zdjęcie

Na kobiety się patrzy i wymaga się od nich wyglądu. Na kobiety patrzą i mężczyźni, i kobiety - mówi Danuta Stenka /AKPA
Na kobiety się patrzy i wymaga się od nich wyglądu. Na kobiety patrzą i mężczyźni, i kobiety - mówi Danuta Stenka
/AKPA

Pewnie łatwiej jest iść pod rękę z czasem, a nie z nim walczyć, kiedy akcje zawodowe rosną i ma się dobre życie rodzinne.

- Proszę nie zapominać, że jestem kobietą. A w tym zawodzie kobieta z upływającym czasem, zyskując na wartości jako aktorka, traci na zainteresowaniu jako obiekt do oglądania. Mówi się: "Świetna aktorka, powinna coś zagrać, ale za stara". Tak, jakby życie dojrzałej kobiety było piekielnie nieinteresujące, jakby jedyne, czym możemy się podzielić ze światem, to nasz wygląd. Życie zawodowe i rodzinne to permanentna sinusoida. Góry i doliny. Codzienność jest codziennością, jak u każdego. Tymczasem zbliża się kolejna okrągła liczba. Ostatnio uświadomiłam sobie, że ponieważ obniżono wiek emerytalny dla kobiet do 60. roku życia, a ja w październiku kończę 56, to zostały mi właściwie tylko cztery lata. To jest dopiero zabawne!

Ale chyba się pani na emeryturę nie wybiera?

- Ja się nie wybieram! I mam nadzieję, że mnie nie odeślą (śmiech). Na szczęście starzy ludzie też się pojawiają w sztukach teatralnych i filmach. Może nie tak spektakularnie jak pani Danusia Szaflarska w "Pora umierać" Doroty Kędzierzawskiej, ale nawet w drobiazgu trudno byłoby dwudziesto- czy trzydziestolatkowi zagrać siedemdziesięciolatka.

Pani się to kiedyś udało - w "Bożej podszewce".

- To są wyjątkowe sytuacje, kiedy gra się postać w różnych fazach życia jak w "Bożej podszewce" - od dwudziestki do siedemdziesiątki. Wówczas wybiera się młodszą aktorkę, bo charakteryzacja jest możliwa tylko w jedną stronę. Natomiast angażować młodego wyłącznie po to, żeby zagrał starego? To nie ma sensu. Młody nigdy nie będzie miał w oczach czasu, który upłynął. Ale odwrotnie się zdarza. Niesamowitym przykładem była pani Danusia Szaflarska. Ona miała młode  oczy, widziało się w nich jej kobiecość w pełni rozkwitu. Wewnątrz była młoda, zachowała w sobie dziewczynę.

- Myślę, że nasz zawód nieźle konserwuje wewnętrzną młodość, zmusza do tego, żeby być elastycznym, każe pielęgnować dziecko, które nosimy w sobie. Gdyby zlikwidowano lustra i wszelkie gładkie powierzchnie, w których odbijają się nasze twarze, to można by uwierzyć, że czas stanął w miejscu.

A jak wciąż wierzyć w związek, w którym się jest od lat? W Polsce rozpada się co trzecie małżeństwo.

- Aż tak?! Hm... ciekawe, jak będzie z moimi córkami.

Socjolodzy są zgodni co do tego, że każde kolejne pokolenie będzie mieć w ciągu życia coraz więcej związków, ale krócej trwających i powierzchownych. Mamy coraz więcej kanałów komunikacji, a więc więcej nowych znajomości i pokus.

- Rzeczywiście, w moim pokoleniu jest podobnie. Nie tak dawno uświadomiliśmy sobie z mężem, że wśród naszych wspólnych, teatralnych znajomych jesteśmy jednym z nielicznych małżeństw, które się jeszcze nie rozpadły.

Jeśli mówimy o tym, ile nowych, kuszących znajomości możemy dziś zawierać dzięki internetowi, to myślę, że aktorzy mieli to akurat zawsze. Nawet bez Facebooka.

- To prawda, choć nowa epoka i tu przyniosła nowe możliwości. Pamiętam czasy, kiedy nie grywało się w konkurencyjnym teatrze. Dziś jest zupełnie inaczej. Aktorzy wymieniają się między teatrami nie tylko w ramach jednego miasta, poza tym jest mnóstwo tak zwanych wolnych strzelców, bez etatów.

Ale i pani zmieniała teatry, przeprowadzała się, a pani życie prywatne jest stabilne od dwudziestu lat. Jak to się robi?

- Chyba odnalazły się dwie połówki jabłka. Choć nie obyło się bez pracy nad tym związkiem. Prawdopodobnie, gdybyśmy oboje chcieli, żeby było nam w życiu wyłącznie łatwo i przyjemnie, to byśmy już pewnie kilka razy się powymieniali.

Pani mówi o sobie, że jest z tego pokolenia, które oddawało rajstopy do repasacji, a nie wyrzucało.

- Nigdy nie wiadomo, czy nie wydarzy się coś, co rozbije nasz związek. Mam nadzieję, że nie. Ale nawet jeśli w przeszłości zaliczaliśmy z mężem naszą związkową "dolinę", to przekonanie, że spotkali się ci właściwi ludzie, którzy chcą być ze sobą, kazało nam raczej pracować nad tym, co w naszej relacji jest złe, niż wyprowadzać się i szukać nowej.

Pocieszające, że tak się da.

- Gdy popatrzę wstecz i przypomnę sobie rozmaite fascynacje, rozterki, gdy ktoś intrygujący pojawił się na horyzoncie... Myślę wtedy, jak to dobrze, że Anioł Stróż mnie strzegł i nie pozwolił mi zrobić jakiegoś głupstwa. Dziś mam głęboką świadomość tego, że to największe szczęście, że wciąż jesteśmy razem. Za żadne skarby nie chciałabym tego zmienić. Oczywiście przechodziliśmy przez góry i doliny i pewnie czekają nas kolejne. Ale przecież to normalne w związku i w rodzinie - i kochamy się, i szlag nas trafia.

Zdjęcie

Trzydziestkę powitała depresją, potem już było lepiej /AKPA
Trzydziestkę powitała depresją, potem już było lepiej
/AKPA

Kiedy dorosłe dzieci wychodzą z domu, związek i rodzina tworzą się od nowa.

- Nasze córki zaczynają powoli wyfruwać z domu i nie ukrywam, że początki były dla mnie trudne. Wydawało mi się, że rozsypuje się nasza rodzina. Aż wreszcie dotarło do nas, że wracamy do punktu wyjścia. Zaczęliśmy doceniać czas spędzany we dwoje. Po całym dniu pracy tęsknię za tym, żeby spotkać się choć na chwilę. Kiedy grałam w spektaklu "Anioły w Ameryce", który kończył się po północy, to zanim się rozcharakteryzowałam, byłam w domu koło pierwszej. Mimo że Janusz musiał wstać wcześnie rano, czekał na mnie, żebyśmy choć wypili razem herbatę i zamienili kilka słów. Tak bardzo chciałabym, żeby i moje dziewczyny znalazły swoje drugie połówki. Oczywiście rodzice najczęściej myślą tak: "Och, żeby skończyła jakąś dobrą szkołę, miała dobry zawód, znalazła sobie »dobrą partię«"...

... i żeby miał głowę na karku...

- Tak. Ale tak naprawdę chciałabym, żeby były szczęśliwe, a szczęśliwe będą wtedy, kiedy ich praca będzie ich pasją, jakąkolwiek pozycję zajmowałaby w rankingu profesji, a ich partner - ich drugą połówką jabłka, jakkolwiek ocenialiby go ludzie.

Podpowie pani swoim córkom pewnie, jak przez te doliny iść wspólnie.

- Ważne jest poczucie, że nie jesteś niczyją własnością. Ale to dotyczy obu stron. Kiedyś zapytano mnie: "Jak to jest, że pani poznaje tylu mężczyzn, co chwila ktoś mówi, że się w pani kocha, a pani cały czas jest ze swoim mężem?". A ja na to: "On robi najlepszą rzecz na świecie - nie trzyma mnie na smyczy. W związku z tym to ja się trzymam". W przeciwnym wypadku zerwałabym się z niej. Podobnie i on.

Musi pani czuć się wolna.

- Jestem w moim domu, bo chcę tam być, a chcę, bo w każdej chwili mogę stamtąd wyjść. Nie jest moim więzieniem, jest moim wyborem, a co za tym idzie moją potrzebą, moim pragnieniem. Mówiąc dom, nie mam oczywiście na myśli budynku.

To miejsce, które pani wybrała.

- Tak. Przyglądając się moim córkom i ich sympatiom, widzę, że działają podobnie. Dają swoim partnerom swobodę wyboru. Ale wymagają tego również dla siebie.

Co ze swojego własnego wychowania wpoiła pani córkom, a co odrzuciła?

- W domu mojego dzieciństwa krzyżowały się dwa modele wychowania: taty, nakazowo-rozdzielczy, i mamy, w którym ważna była rozmowa. Nasiąknęłam jednym i drugim i oczywiście oba powielałam. Ale pod wpływem mojego męża pałeczka dyrygenta szczęśliwie zmieniła się w wykałaczkę. Natomiast pielęgnowałam w sobie i widzę, że udało mi się przekazać to kolejnemu pokoleniu, taką zwykłą, podstawową uczciwość.

A co z poczuciem wolności, o którym pani mówi?

- Czasem strach o dziecko jest tak silny, że chciałoby się je mieć na oku nieustająco. Choćby pod telefonem. Odpuszczenie dużo mnie kosztowało. Tego też uczyłam się od Janusza. On miał z tym mniejsze problemy, bo było ich w domu dwóch chłopców, a rodzice pracowali w teatrze. Wracali więc o późnej porze, tak jak ja teraz. Siłą rzeczy jako dziecko miał więcej swobody.

Kiedyś widziałam satyryczny rysunek obrazujący relacje rodziców i dzieci. Najpierw matka nosi dziecko w zawiniątku. Po latach to dziecko - mniej lub bardziej symbolicznie - niesie ową mamę na plecach. Pani zaczyna już tego doświadczać?

- Tak, na pewno jeśli chodzi o internet. Przecież, będąc w wieku moich córek, mimo że w liceum miałam informatykę, nie wiedziałam, co to komputer. Tymczasem mój trzyletni szkrab uczył mnie, jak się go uruchamia. Starsza córka, będąc w podstawówce, wielokrotnie przepisywała mi autoryzowane odręcznie wywiady, żeby posłać je mejlem z poczty męża. Wreszcie postanowiłam kupić sobie laptop i krok po kroku, prowadzona przez moje dzieci, weszłam w ten świat na tyle, na ile potrzebowałam. A dziś nie rozstaję się z iPadem - większość tekstów mam pod ręką. Nie prowadzę jednak kont na portalach społecznościowych.

- Podobno nie ma nic gorszego niż rodzice, którzy komentują działania swoich dzieci na Facebooku! Bywa jednak, że czuję się trochę na uboczu. Wiele ważnych dla mnie informacji, przez mój stosunek do internetu, nie dociera do mnie albo dowiaduję się po fakcie. Z drugiej strony mam coś z natury uzależnieniowca i wiem, że gdybym weszła w takiego Facebooka, to bym przepadła (śmiech).

Patrzę na pani radość i energię i nie mogę się powstrzymać, żeby nie sięgnąć kilka lat wstecz. Bliska mi osoba, która tak jak pani przeszła depresję, powiedziała mi, że to doświadczenie więcej jej dało, niż zabrało. Pomogło przewartościować całe życie. A co pani dała depresja?

- To miało miejsce wiele lat temu i patrzę dziś na siebie z tamtego okresu jak na inną osobę. Tempo i klapki na oczach, z jakimi żyłam, wpędziły mnie w kilkuletnią bezsenność, a ona sprawiła, że nadszedł w moim życiu moment, w którym się po prostu zatrzymałam. I po raz pierwszy rozejrzałam się wokół.

Co pani wówczas zauważyła?

- Wydawało mi się przez lata, że dopóki biegnę, dopóki gonię, dopóty żyję.  Tymczasem okazało się, że przeleciałam przez sporą część mojego życia jak pies przez pole. To tak, jakbym jakieś wytworne danie wrzucała w pośpiechu do ust, biegając po domu, pakując się, ubierając, w obawie, że nie zdążę na samolot. Nie miałam szans delektować się jego smakiem. Oczywiście zdarzały się w tym czasie ciekawe rzeczy, ale było wiele takich, których mogłam sobie oszczędzić i w tym czasie po prostu pożyć.

Co to były za sprawy, które nie pozwalały żyć naprawdę?

- Wszystko to, co w swoim poczuciu obowiązku, ale bez przekonania, czasem nawet ze wstrętem, pozwalałam sobie wrzucać na plecy tylko dlatego, że ktoś mnie o to umiejętnie poprosił. Wszystko to, czego się podejmowałam z lęku, że nie wolno mi zwalniać, bo jeśli przystopuję, to mogę już nie ruszyć z miejsca. I nadszedł ten moment, w którym się zatrzymałam. Bezcenny moment. Poczułam ogromną wartość codziennego, zwykłego życia.

Dziś docenia pani codzienne drobiazgi?

- Przez ciągły pośpiech brakowało mi czasu na spotkania z ludźmi. Teraz przeżywam spotkania podobne do tych z początku mojego życia zawodowego, kiedy pracowałam tylko w teatrze. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Oczywiście wtedy nie miałam jeszcze rodziny, ale nawet ci, którzy mieli dzieci, też uczestniczyli w życiu towarzyskim. To był inny świat, świat przedinternetowy. Internet wprowadził do naszego życia pęd. A teraz bardzo sobie chwalę powroty do dawnego rytmu.

Jaki to ma wpływ na zawodowe ambicje?

- Kiedyś wszystko, co działo się w sferze zawodowej, wyznaczało rytm całego mojego życia. W naszym zawodzie oczywiste jest, że raz propozycje są, raz ich nie ma. Bywało, że pojawiało się ich w jednym czasie kilka, tak, że nawet z bardzo ciekawych musiałam rezygnować. A innym razem u mnie posucha, a dookoła sypią się propozycje pięknych ról. Oczywiście pojawiał się żal i zazdrość, że nie mnie się dostały. A teraz, kiedy ktoś mi się zwierza, że tu dostał rolę w filmie, tam następną, a ja od lat już nie gram większych filmowych ról, tylko kolejne matki po dwa, trzy dni zdjęciowe, to jakoś nie czuję ucisku w splocie słonecznym. Nie ma we mnie frustracji. Owszem, pojawia się myśl: "Chętnie bym się z tym zmierzyła", ale nie ma w niej żalu. Trudno, w tym czasie będę mogła zrobić coś dla siebie. I właśnie tę zmianę w sobie lubię.

Czyli potrafi pani nie zazdrościć?

- Tak, okazuje się, że można pragnąć czegoś, nie zazdroszcząc, i cieszyć się z takiego życia, z jakiego kiedyś samą siebie okradałam.

To jest punkt życia, w którym chciała się pani znaleźć?

- To jest ideał, do którego zmierzam od lat, ale wciąż zaliczam ślepe uliczki. Mój cel jednak widzę jasno. Jest nim wewnętrzna harmonia i spokój, umiejętność smakowania tego, co się dzieje w tym miejscu i w tym momencie. Przez dużą część swojego życia albo wybiegałam myślami w przyszłość, na coś czekałam, albo rozpamiętywałam przeszłość, w tym głównie to, co napsułam. Dziś umiem się zatrzymywać, a właściwie: zdarza mi się umieć zatrzymywać. I każda sekunda świadomego bycia jest moim sukcesem. Moje wyobrażenie o szczęściu to stan ducha, który pozwoli mi iść ulicą i uśmiechać się do siebie, nie mając właściwie żadnych ciekawych perspektyw, jakie oczywiście nadal mi się marzą. Nie wyobrażam sobie siebie bez grania. Ale pewnie nawet gdyby mnie wysłano na emeryturę, byłabym w stanie zapełnić sobie każdy dzień różnymi zajęciami, tak, że znów mogłabym nie mieć na nic czasu.

Ma pani jakieś zawodowe marzenia, które przed emeryturą chce pani spełnić?

- Mam marzenia, które chcę spełnić, a emerytura nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba będzie wypełnić jakieś papiery i, mam nadzieję, dalej pracować. Przez lata broniłam się przed monodramem, uważając, że nie byłabym w stanie tego udźwignąć. Spektakl "Lód" w Teatrze Narodowym, w którym moja rola sprowadzała się do jednego, wielkiego monologu, uświadomił mi, że chyba nadszedł czas, żeby zmierzyć się z monodramem. Zamówienie wyszło, propozycja przyszła - tekst złożony w całości z didaskaliów, czyli "Koncert życzeń", koprodukcja Łaźni Nowej i TR Warszawa. Spektakl bez słowa, oparty wyłącznie na działaniu. Więc teraz kolejnym etapem mógłby być monodram oparty przede wszystkim na słowie, jak to zazwyczaj bywa.

- Kolejna rzecz, rola w "Matce Courage" przypomniała mi, że zawsze chciałam się zmierzyć ze śpiewaniem na scenie. Ale to wiąże się z zapisaniem się na lekcje śpiewu - zupełnie nowa przygoda. Marzy mi się też rola w filmie, choć na to nie mam wpływu. Rólsko, z którym trzeba powalczyć. Nie chodzi tu o jej objętość, a o zawartość. Kolejna rzecz - chciałabym zagrać po kaszubsku. Oczywiście nieustająco ważny jest teatr. Tu przyznam, że dobrze było nie mieć marzeń o konkretnych rolach, bo wszystko, co przychodziło, było niespodzianką, na którą, patrząc z lotu ptaka na moją drogę, nie mam prawa narzekać.

Anna Janicka

GRAZIA 5/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Mariusz Bonaszewski: Jestem nałogowcem

    Co dociera do mężczyzny po pięćdziesiątce, gdy choroba przewartościowuje jego życie? Co staje się dla niego najważniejsze? I dlaczego? Mariusz Bonaszewski w szczerej rozmowie o tym, co jest przed,... więcej