Zawsze twierdziła, że bardziej stawia na dom niż na karierę. Określenie „matka kwoka” nie wydawało jej się obraźliwe. Lubiła swoją rodzinę, cały ten mały domowy wszechświat, gdzie trzeba ugotować, ogarnąć, zadbać, przypilnować. Długie rozmowy z córkami, wspólne szaleństwa przy szafie z ubraniami, wygłupy w ogrodzie lub na kanapie. Niedługo Julka i Anka pójdą w świat. Jak z syndromem pustego gniazda poradzi sobie Hanna Lis?

Zdjęcie

Hanna Lis: Byłam matką kwoką, najbardziej interesował mnie dom. A teraz znowu zaczęlam bywać. Musiałam do tego dojrzeć /Piotr Porębski/ Metaluna /Grazia
Hanna Lis: Byłam matką kwoką, najbardziej interesował mnie dom. A teraz znowu zaczęlam bywać. Musiałam do tego dojrzeć
/Piotr Porębski/ Metaluna /Grazia

Twoja starsza córka Julka za chwilę zdaje maturę, wybiera się na studia za granicę. Jak się z tym czujesz?

Hanna Lis: - Julka śmieje się ze mnie, że na pewno tej wyprowadzki nie przetrwam. Jest przyzwyczajona do tego, że matka wisi jej na karku. Kilka razy dziennie do siebie dzwonimy, nigdy nie kładę się spać, dopóki ona nie wróci do domu, zawsze sprawdzam, czy dotarła na miejsce, czy wszystko jest OK. Na razie podchodzę do tego spokojnie, cieszę się, że to Europa, a nie Stany Zjednoczone, bo tak też mogło być...

Reklama

...a tam trudno wpaść na weekend.

- No właśnie. Julka jest w szoku, że podchodzę do jej ewakuacji z gniazda ze stoickim spokojem, że nie starałam się jej odwieść od pomysłu studiowania za granicą. Sama się dziwię - może do mnie jeszcze nie dotarło, że pisklę wyfruwa z domu?

I już nie wróci.

- No nie wróci, skończy studia, pójdzie do pracy. Kiedy teraz o tym mówię, brzmi to abstrakcyjnie. Spędzamy razem mnóstwo czasu, dużo rozmawiamy, lubimy ze sobą przebywać. Ostatnio Julka nawet zaproponowała mi, żebym poszła z nią i jej koleżankami do klubu (śmiech). Opuszczanie przez dzieci gniazda to pewna cezura w życiu, zwłaszcza w życiu kobiety, bo my choćby z racji prostej biologii jesteśmy w jakimś sensie silniej z dziećmi związane i to przecinanie pępowiny jest dla nas trudniejsze. Jednak tu nie ma ostrego cięcia. Przez tych 18 lat udało mi się zbudować z Julą cudną przyjacielską relację.

Jak się buduje taką relację z dzieckiem?

- Mozolnie. Przecież nikt, kiedy rodzi się dziecko, nie jest wyposażony w wiedzę pod tytułem "Jak być świetnym rodzicem". Uczymy się tego w biegu. Z perspektywy tych 18 lat myślę, że kluczową sprawą jest zbudowanie takiego zaufania, które pozwoli dzieciom zwracać się do nas w trudnych momentach ich dojrzewania i wchodzenia w dorosłość. To oznacza czas i gotowość do długich i nie zawsze przyjemnych dla nas, dorosłych, rozmów. Bo nie zawsze wybory naszych dzieci są dla nas zrozumiałe, nie zawsze są akceptowalne. Często włącza się w nas automatyczne "nie, bo nie", "złe, bo złe" - a to droga donikąd, która buduje między nami a dziećmi mur niezrozumienia.

- Julka zawsze wiedziała, że może do mnie przyjść ze wszystkim. Że choćby mnie szlag trafiał i korciło, żeby trzasnąć drzwiami i wrzasnąć "szlaban", to policzę do dziesięciu, a potem spokojnie wysłucham, doradzę, postaram się wytłumaczyć. Stare polskie przysłowie "dzieci i ryby głosu nie mają" to dla nas, dorosłych, kręcenie bata na siebie samych. Jeśli odmawiasz dziecku prawa głosu, to się nie dowiesz, co mu w duszy gra. Jeśli nie jesteś gotowa przyjąć na klatę prawdy o nim, to będziesz żyła w kłamstwie.

Ale klasyczny nastoletni okres burzy i naporu był?

- Oczywiście, że był. Na przełomie podstawówki i gimnazjum wszystko było na "nie". Drzewa były czerwone, jeśli mama mówiła, że są zielone. Ale wszystko jest po coś. Dojrzewając, młody człowiek ma naturalną potrzebę zdefiniowania się w kontrze do świata dorosłych, bo tak zaznacza własną odrębność. To dla rodzica ogromne wyzwanie, a zarazem szansa, bo to właśnie w okresie buntu możemy ułożyć nasze relacje z dzieckiem na całe życie. Julki bunt był dość intensywny, ale bardzo szybko się wypalił, bo podchodziłam do sprawy w miarę spokojnie.

Spokojnie?

- OK. Nie zawsze. Spędziłam dzieciństwo we Włoszech i bywa, że daje o sobie znać włoska część mojej natury. Jednak wierzę, że czasem lepiej pozwolić sobie na starcie jądrowe, niż trzasnąć drzwiami i powiedzieć: "Teraz masz karę, nie wychodzisz z pokoju". Kluczem w relacjach między ludźmi - bez względu na wiek - jest zawsze rozmowa, otwartość na wysłuchanie drugiego człowieka i jego racji.

Kiedy dziewczyny wyjdą z domu, to ty będziesz musiała odnaleźć się w życiu na nowo?

- Całe życie pracowałam, Julka urodziła się w styczniu, a ja już pod koniec lutego byłam z powrotem w "Teleexpressie". Nie jest więc tak, że one wychodzą z domu, ja w nim zostaję i nagle nie wiem, co ze sobą zrobić. Zawsze miałam swoje życie, swoją pracę i pasje, a teraz będę miała więcej czasu, żeby je realizować. Poza tym przez dwa lata mam tu jeszcze pod dachem Ankę, skupię się na niej, jakby była jedynaczką. Pewnie już się boi (śmiech). Jestem szczęśliwa, bo wydaje mi się, że zarówno ja, jak i moje dziewczyny wykonałyśmy dobrą robotę. Wyfruwają w świat z dobrym bagażem, który, mam nadzieję, pozwoli im fajnie żeglować po wodach życia.

Koleżanka, której dzieci właśnie wyszły z domu, szaleje, jakby znowu miała 18 lat...

- Coś w tym jest. Muszę przyznać, że im bardziej dziewczyny żyją swoim życiem, tym bardziej ja wracam do obiegu (śmiech). Wcześniej byłam matką kwoką, najbardziej interesował mnie dom, a teraz znowu zaczęłam bywać - nie mam na myśli ścianek, raczej domówki. Kilka lat temu nie przyszłoby mi do głowy wziąć udział w takim projekcie jak "Azja Express". Kiedy dzieci dojrzewają, a potem wyfruwają z domu, człowiek musi siebie, dom i rodzinę w jakimś sensie wymyślić od nowa.

Portale piszą, że "twoje relacje z Tomkiem pozostają niejasne".

- Pamiętam taką sytuację, kiedy poszliśmy na obiad z dziećmi, całą szóstką. Siedzimy w knajpie i mamy totalną głupawkę, cały czas się z czegoś śmiejemy. Kilka dni później widzę zdjęcia z tego obiadu opatrzone tytułem: "Ledwo ze sobą rozmawiają". Trzeba było naprawdę wykonać mozolną robotę, żeby uchwycić w obiektywie moment, kiedy nie wyliśmy ze śmiechu, by potem dorobić do tego tezę o dramatycznie napiętych relacjach.

Dojrzałość - kiedy ją poczułaś? I czy ta dojrzałość jest dla ciebie fajna?

- Nie, bo poczułam ją, kiedy zachorował tata i musiałam przejąć odpowiedzialność za rodzinę. Mama była tak rozjechana psychicznie, że sama nie była w stanie zapanować nad sytuacją. Mój tata był wybitnym intelektualistą i jak to w przypadku wybitnych intelektualistów bywa, trochę oderwanym od ziemi. Musiałam przejąć rolę generała. Mamie nie wszystko można było powiedzieć, bo ona nie wytrzymywała tego psychicznie, tacie też nie zawsze mówiłam całą prawdę o jego zdrowiu, bo nie wszystkim to służy. Więc w jakimś sensie dźwigałam ciężar, który mnie przerastał. To jest chyba dojrzałość, kiedy zaczynają się odwracać role, kiedy to już nie rodzice chronią ciebie, a ty zaczynasz chronić ich. W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że nie są po prostu od ciebie starsi, ale zaczynają być starzy, że czas biegnie nieubłaganie. Ale...

Ale?

- Ale dojrzałość nie zabiła wewnętrznego dziecka, które bardzo w sobie lubię i bardzo pielęgnuję. Co roku latem wyjeżdżamy z przyjaciółmi do tej samej wioski w Portugalii. Tabun Polaków, śmiejemy się, że jesteśmy polskimi kolonizatorami Comporty. Będzie tego dwadzieścia kilka osób, dorośli i nasze dzieci. My znamy się od dziecka, dzieciaki też - fajna banda. Pamiętam, jak w zeszłym roku nasze dzieci o czwartej nad ranem apelowały do nas, byśmy jednak przestali tańczyć na stole, bo one nie mogą spać (śmiech). I taki mam plan. Będę 75-letnią pieprzniętą staruszką, dlaczego nie? Moja babcia miała 75 lat, kiedy złamała kręgosłup, bo poślizgnęła się na świeżo wypolerowanej podłodze, gasząc stopą światło, a wyłącznik był naprawdę wysoko. Kręgosłup się zrósł, a babcia dalej tak gasiła światło. Fajnie mieć w sobie dzieciaka. Nie czuję różnicy wieku między mną a moimi dziewczynami. Dzieci pomagają nam zachować młodość, naiwność, spontaniczność.

Nie boisz się, że koledzy i koleżanki twoich córek, którzy przychodzą do waszego domu, mogą robić w nim zdjęcia i gdzieś je upubliczniać?

- Coś ty. Moje córki mają sprawdzonych znajomych. Coś takiego nigdy nawet nie przyszło mi do głowy. Realni ludzie znacznie różnią się od redaktorów plotkarskich pisemek czy portali, nie myślą kategoriami kliknięć i sprzedaży. Pewna gazeta próbowała przekupić personel medyczny, żeby dostać zdjęcia mojego taty w szpitalu. Ze szpitalem nie wyszło. No to na pogrzebie pojawiła się chmara paparazzich. Było ich tam z dwudziestu, biegali między nami a samochodem wiozącym urnę, beztrosko skakali po grobach, jakby to był pokaz mody, a nie pożegnanie bliskiego człowieka. Nigdy nie pojmę, jak można być tak wyzutym z uczuć.

Mówiłaś kiedyś, że czasem żałujesz, że nie wyszłaś z tych newsów wcześniej. Czegoś jeszcze żałujesz?

- Spędziłam w newsach i polityce dwadzieścia kilka lat. Być może o parę za dużo, bo ostatnie dwa lata były dla mnie już trochę takim jałowym biegiem. Jakość polskiej polityki coraz bardziej rozczarowuje, więc dziś nie wyobrażam sobie już powrotu do tego świata. Ale żeby tak się stało, żebym mogłam odejść bez żalu, musiałam pewnie dojść do ściany. Więc nie żałuję niczego ze swojej drogi zawodowej.

(Muszę wtrącić, że siedzimy z Hanią w świetnej włoskiej knajpce na Mokotowie, umówiłyśmy się na lunch, jemy pastę, pyszną, domowej roboty, mocno polaną oliwą i obficie posypaną parmezanem. Piszę o tym, bo to ma znaczenie dla dalszego ciągu tej rozmowy). Jak widzę, nie jesteś na diecie bezglutenowej, która rozwiązuje wszystkie problemy?

- I nigdy nie będę. Spędziłam 6 lat we Włoszech, nie mogłabym być na diecie bezglutenowej. Nawet ktoś mi niedawno zasugerował, żebym sobie zrobiła testy na nietolerancję glutenu, bo teraz "wszyscy ją mają". Jeśli nawet tak jest, to wolę żyć w nieświadomości. Bo nie odstawię makaronu ani pizzy, nie ma mowy. Kocham jeść. Niestety, im później jem, tym bardziej mi smakuje. Śniadanie kompletnie nie jest sexy, obiad zaczyna być powabny, ale naprawdę orgiastyczna jest kolacja. Pasta i winko o 23? Nie ma nic lepszego. Ale nie jem tak codziennie, bo pewnie musiałabym się ewakuować z domu za pomocą dźwigu, mam resztki zdrowego rozsądku i po kilku dniach pasty przechodzę na coś w stylu kaszy quinoa. I już.

A może po prostu jesz raz dziennie? Wczoraj, gdy do ciebie dzwoniłam, jadłaś o 15, dzisiaj mamy 14, to twoja godzina.

- Czasami i tak bywa. Muszę się najeść, bo dopiero jutro obiad (śmiech). Raz w życiu byłam na restrykcyjnej diecie pudełkowej, 1000 kalorii dziennie. To naprawdę nie jest dużo, a ja na niej przytyłam. W normalnym, codziennym życiu nigdy nie jem 5 posiłków dziennie, bo nie mam na to czasu albo po prostu mi się nie chce. Wolę pogrzeszyć nad pastą, a potem zrobić sobie trzydniową pokutę z kaszą.

Sport?

- Nie jestem typem sportowca. Zwłaszcza zimą zmieniam się w niedźwiedzia, zamieram w swojej jaskini. Nie lubię siłowni i tych wszystkich świątyń sportu, gdzie wszyscy zapieprzają obok siebie na orbitrekach. Ale wiosną budzę się do życia i choć nie lubię biegać, to w mojej wsi w marcu robi się tak pięknie, że wstaję rano, wrzucam na siebie dres i adidasy i ruszam na przebieżkę. Jeżdżę na rolkach, pływam, więc można powiedzieć, że sport uprawiam sezonowo.

Ale zaraz, jesteś przecież "trojaczkiem show-biznesu", dwie twoje koleżanki już wystąpiły na okładkach magazynu o ciele i zdrowiu, teraz chyba twoja kolej?

- Nie. Nie ma takiego photoshopa, który by sobie z tym tematem poradził. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak ćwiczą Małgośka i Aga (Rozenek i Woźniak- -Starak, przyp. red.) i tego, jakie to daje efekty. Pamiętam, jak wróciły z obozu treningowego na Mykonos. Ta rzeźba: tyłek, brzuch, uda, łydki na dziesiątkę. Miałam zresztą z nimi jechać na ten obóz, ale nie mogłam, bo opóźniły mi się zdjęcia do "Bez Planu". Teraz myślę, że to dobrze, bo one tam zasuwały, a ja, znając siebie, pewnie gros czasu spędziłabym na leżaku z książką i lampką wina. Czyli kompromitacja. Teraz nadchodzi wiosna, więc trochę się za siebie zabiorę. Ale nie będę konkurowała z Gosią i Agą na okładce pisma sportowego. Poza tym widzisz, co ja jem.

Ale to ci nie przeszkadza wyglądać super.

- W oversize’owym swetrze każdy wygląda super. A serio: kiedy dochodzę do wagi granicznej, to włączam ABS-y. Ale wiem, że nigdy nie będę miała ciała modelki Victoria’s Secret i jakoś udaje mi się z tą ponurą myślą żyć.

I tak dużo ludzi uważa, że jesteś za szczupła, żeby prowadzić program o jedzeniu.

- Widocznie dobrze się maskuję. A tak poważnie to "Bez Planu" nie jest do końca programem o jedzeniu. Tradycja kulinarna danego miejsca ściśle łączy się z jego kulturą i historią, więc zanurzając się w niej i próbując ją poznać, siłą rzeczy zgłębiamy znacznie więcej niż tylko to, co na talerzu. Poza tym jedzenie jest fantastycznym pretekstem do rozmowy, do spotkania z drugim człowiekiem. Wspólny stół to znacznie więcej niż tylko napychanie sobie brzucha.

Wydajesz się dosyć wyluzowana. Tak zawsze było, czy to do ciebie przyszło?

- To zależy, o co pytasz. Zawsze byłam wyluzowana w kontaktach z ludźmi. Jestem typowym bratem łatą, co wielu, którzy mnie dopiero poznają, dziwi. Bo jak to, "pani z telewizji", a taki luzak? Jednak długo nie miałam dystansu do bzdetów, które wypisywały o mnie media, często bolało. Dziś nie zaprzątam sobie głowy i wątroby sprawami, na które nie mam wpływu. Chyba nauczyłam się też wreszcie walczyć o siebie i swoją przestrzeń. Kiedyś byłam straszną dupą wołową pod tym względem. Brakowało mi wiary we własne siły, każdy mógł wejść mi na głowę.

Tobie, która tak dobrze radziłaś sobie w telewizji? Wydawało się, że przesz do przodu jak burza.

- Nigdy nie miałam Bóg wie jakiego parcia na karierę. Znam biegle trzy języki obce, włoski, szwedzki i angielski, radzę sobie z francuskim - gdybym miała wielki ciąg na bramkę, to bym lata temu pociągnęła współpracę z CNN. Ale dla mnie ważniejsza była, jest i będzie rodzina. Telewizja jest dziwnym środowiskiem. Znam ludzi, którzy wpadają w depresję, bo przez dwa tygodnie nie widzą się na okładce gazety. Ja bardzo dobrze się ze sobą czuję również, gdy nie pracuję na wizji. Mogłabym spokojnie prowadzić knajpę, nie brakowałoby mi telewizji. Wiem, bo już to przerabiałam.

Ale lubisz telewizję?

- Rzadko oglądam. Tylko filmy i, nałogowo, kulinarno-podróżnicze programy Anthony’ego Bourdaina. To wściekle inteligentny nowojorski Żyd z niesamowitym poczuciem humoru. Klnie jak szewc, jako jedyny w amerykańskiej telewizji pali na wizji, wymyka się konwenansom i jest cholernie niepoprawny politycznie. A jeśli pytasz o pracę w telewizji, to teraz znów ją polubiłam, bo robię program, w którym uczę się telewizji od nowa, z zupełnie innej strony. Na końcówce mojej pracy w TVP miałam wrażenie, że stoję w miejscu, że się nie rozwijam. Brakowało mi nowych wyzwań, a jak nie ma wyzwań, to zaczyna się regres.

Lubisz oglądać siebie na ekranie?

- Nie lubię. Jestem wobec siebie strasznie krytyczna. Mam raczej bogatą mowę ciała, w życiu i w pracy wyłażą ze mnie Włochy i wewnętrzne ADHD. Za każdym razem, kiedy włącza się kamera, obiecuję sobie, że tym razem zapanuję nad gestykulacją i... za każdym polegam z kretesem. Zresztą tak samo było w newsach. Podczas jednego z programów tak zamaszyście wywijałam długopisem, że w którymś momencie poszybował tuż obok ucha Leszka Millera.

Anna Rączkowska

GRAZIA 3/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Doładuj włos!

    Chodzisz na siłownię, żeby wzmocnić mięśnie ciała, ale być może zapominasz o wzmocnieniu własnych włosów? Zadbaj o nie z kosmetykiem nowej generacji - L'biotica REPAIR THERAPY BOOSTER. więcej