Dla wielu jest symbolem łatwego sukcesu, spełnionego amerykańskiego snu. Życie na plaży, piękny dom, kariera i tam, i w Polsce. Ale to tylko część prawdy. Z Joanną Krupą rozmawiamy o trudnych początkach w Ameryce, ciężkiej pracy jej mamy i odwadze, by rzucić wszystko i spróbować swoich sił tam, gdzie nikt na nią nie czekał. O przeszłości – szacunku do korzeni, i przyszłości – nadziejach i obawach.

Zdjęcie

W Los Angeles żadna agencja modelek nie chciała mnie zatrudnić. Przy życiu trzymała mnie tylko ambicja. Nie mogłam wrócić! - wyznaje Joanna Krupa /Kulesza&PIK /Grazia
W Los Angeles żadna agencja modelek nie chciała mnie zatrudnić. Przy życiu trzymała mnie tylko ambicja. Nie mogłam wrócić! - wyznaje Joanna Krupa
/Kulesza&PIK /Grazia

Joanna Krupa jest słodka. Jest słodka, kiedy z całych sił stara się mówić jak najbardziej poprawnie po polsku, ale co jakiś czas brakuje jej słowa i wciska w polskie zdanie słówko lub zwrot po angielsku (niektórzy się z tego śmieją, ona zrobiła z tego atut). Kiedy chwali się tym, że jest Polką, że przepada za pierogami, kiedy przypomina, że polskie korzenie są ważne, ale jednocześnie kiedy skarży się na to, że jako mała dziewczynka nie przykładała się specjalnie do nauki polskiego i teraz jest, jak jest.

Jest słodka, kiedy opowiada o swoich porażkach, o tym, że jej życie to nie tylko bajka, ale również łzy, rozczarowania i walka ze zbędnymi kilogramami (tak tak, podobno był taki czas w jej życiu, kiedy zajadała smutki i kolejne porażki). Jest słodka, kiedy przyznaje, że jej mąż nie jest może idealny, ale za to jest dobrą, kochającą osobą, a trzeba się na coś w życiu zdecydować, bo nie można mieć wszystkiego. Jest słodka, kiedy beztrosko przyznaje w telewizji, że po domu najbardziej lubi chodzić nago i w ogóle nagość nie jest żadnym problemem (na dowód tego wrzuca nagie zdjęcia na swój Instagram, ale robi to tak umiejętnie, że widać wszystko i nic). I kiedy ciepło opowiada o swojej rodzinie. Tak, Joannie nie można odmówić uroku. Jest słodka. Zresztą - przeczytajcie sami.

Reklama

Mieszkasz z mamą?

Joanna Krupa: - Tak, w naszym domu w Los Angeles. Kiedy Romain przyjeżdża do LA, to oczywiście mieszkamy razem, ale on na co dzień jest w Miami. Zawsze byłam blisko mamy, chętnie spędzam z nią czas. Wcześniej mieszkała też z nami moja siostra Marta, ale teraz ma narzeczonego i 4 lata temu wyprowadziła się do niego.

W rodzinie jesteście ze sobą blisko?

- Niektórzy uważają nawet, że trochę zbyt blisko. Dziwią się, jak mąż może coś takiego akceptować. Ale tak było od początku, dzięki temu jest mi łatwiej, mogę pomagać pieskom, bo gdy wyjeżdżam, to mama z nimi zostaje. Ciężko znaleźć kogoś, komu można zaufać. Dla mnie rodzina jest ważna, a życie krótkie, dlatego z tymi, których kocham, chcę być jak najczęściej.

Jak cię wychowywano?

- Miałam 5 lat, gdy wyjechałyśmy z mamą do Stanów, za dużo nie pamiętam. Mama miała przy sobie 200 dolarów, na początku mieszkałyśmy w Chicago z ciocią i jej mężem, z moim kuzynem i babcią w jednym mieszkaniu. Początki były ciężkie, mama pracowała w fabryce, gdzie produkowali kubki dla McDonald’s i innych barów fast food. Codziennie stała 7-15 godzin na nogach, 7 dni w tygodniu. Gdy przyjechałyśmy do Chicago, dowiedziała się, że jest w ciąży z Martą. I w ciąży musiała tak ciężko pracować. Pracowała także w innej fabryce, gdzie robili lody - tam było bardzo zimno. W fabryce kubków było z kolei strasznie gorąco.

- Było nam ciężko, ale mama zawsze starała się zachować pozytywną energię, zawsze powtarzała, że "no matter what" (nieważne, co - przyp. red.) się dzieje w życiu, trzeba być pozytywnym, bo wtedy jest się mocnym i płynie z tego pozytywna energia. Gdy byłam starsza, pomagałam mamie zajmować się moją młodszą siostrą, żeby nie musiała się stresować, idąc do pracy. Półtora roku później przyjechał tata. Na początku było bardzo ciężko, gdy szukał pracy, ale powolutku udało się rodzicom kupić w Chicago dom do remontu. Dawali sobie radę.

Kiedy wpadłaś na to, żeby pojechać do Los Angeles?

- Od małego czułam, że interesują mnie występy przed kamerą. Z Martą nagrywałyśmy wideo, że na niby śpiewamy, tańczymy, że jesteśmy aktorkami. Lubiłam się przeglądać w lustrze, malować, udawać modelkę na wybiegu, miałam wyobraźnię. Mama widziała, że mnie to kręci. Gdy miałam 13 lat, zapisała mnie do szkoły modelek, bo chciała mi pomóc. W pewnym momencie stwierdziłam, że jeśli naprawdę mam spróbować, mam dostać szansę, to muszę zdecydować, gdzie się wyprowadzam. W grę wchodziło Los Angeles, Miami albo Nowy Jork. Nowy Jork mi nie pasował, bo tam jest zimno, a ja chciałam do ciepłego miejsca, ale też wiedziałam, że nie jestem modelką "high fashion". Nie byłam na tyle wysoka, żeby pracować na wybiegach w Nowym Jorku. Marzyłam, żeby mieszkać w LA.

- Nadszedł taki moment, że chłopak, z którym wtedy byłam, dał mi ultimatum, że albo koncentruję się na naszym związku, albo wybieram karierę. Był zazdrosny i nie akceptował mojego pomysłu. I to on dał mi motywację, żeby to naprawdę zrobić. Chciałam mu udowodnić, pokazać, że dam radę. Kazał mi wybrać i wybrałam - Los Angeles. Spakowałam się do swojego samochodu, jechałam 30 godzin z Chicago do LA, a on się o tym dowiedział dopiero po fakcie. Ale dziękuję mu, bo to on dał mi napęd, żeby to zrobić. Na zasadzie: "Pokażę ci, że mi się uda".

Zdjęcie

Im jestem starsza, tym większą uwagę zwracam na pieniądze. Jestem mniej rozrzutna. Sho -biznes jest niestabilny /Kurnikowski /AKPA
Im jestem starsza, tym większą uwagę zwracam na pieniądze. Jestem mniej rozrzutna. Sho -biznes jest niestabilny
/Kurnikowski /AKPA

Powiedziałaś rodzicom, że chcesz być modelką, a oni postanowili cię wspierać. To nie jest takie oczywiste...

- Mama widziała, że to moja pasja, że mnie to naprawdę kręci, że to jest moje marzenie. Gdy widzisz, że dziecko się czymś interesuje, ma do tego miłość i pasję, to dlaczego mu to odbierać. Rodzice nigdy nie kazali mi być lekarzem czy adwokatem. Uważali, że do szkoły zawsze można wrócić, a młodym jest się tylko raz i dlaczego nie próbować, jeżeli czegoś naprawdę się chce. Nie miałam nic do stracenia − mogłam albo spróbować i najwyżej by się nie udało, albo nie spróbować i potem żałować. Rodzice nie chcieli mi odbierać marzeń. Bo co z tego, że dziecko spełni marzenia rodziców, będzie się uczyć, zostanie prawnikiem, skoro będzie nieszczęśliwe? Życie jest za krótkie, żeby być nieszczęśliwym. Czasami coś może nie wyjść, ale jeśli nie spróbujesz, to nigdy nie będziesz wiedziała.

Tobie też nie zawsze wszystko się udawało.

- Kiedy przyjechałam do LA, nie miałam pieniędzy, tylko długi. Pożyczyłam pieniądze na auto, nie zarabiałam, mieszkałam w Long Beach ze znajomym, którego poznałam przez koleżankę z Chicago. Nie miałam pracy. Wzięło mnie takie "reality check" (musiałam zejść na ziemię, przyp. red.), bo żadna agencja nie chciała mnie zatrudnić. Byłam za niska albo za chuda, albo za sexy, albo za gruba. Zawsze coś. Nie jestem wysoka i z tym nic nie da się zrobić. Reguły w modelingu są jasne. Przy życiu trzymała mnie ambicja, ego. Zostawiłam przecież chłopaka, koleżanki, rodzinę - oni wiedzieli, że wyjechałam robić wielką karierę, a tu nagle nikt nie chce ze mną pracować.

I co się wtedy stało?

- Przez jakiś czas miałam depresję. Zaczęłam wychodzić ze znajomymi, na dinner, na lunch. Chodziłam, jadłam i przytyłam. I miałam kolejną depresję, że jestem gruba i teraz to już na pewno nie uda mi się być modelką. Przyjechały wtedy do mnie do LA siostra i mama. To było mniej więcej rok po tym, jak wyjechałam. Mama popatrzyła na mnie i mówi: "Dziewczyno, co ty robisz? Przyjechałaś robić karierę czy zniszczyć swoje życie i tyle jeść? Co chcesz osiągnąć?". To mnie zmotywowało, że muszę się za siebie wziąć, nie mogę się poddać, bo nie ma opcji, bym wróciła do Chicago. Muszę dać sobie szansę − jeśli się nie uda w modelingu, to może co innego mnie zainteresuje. Pierwsze dwa i pół roku były ciężkie. Były momenty, kiedy chciałam się poddać i wrócić, ale wiedziałam, że życie nie jest łatwe i trzeba dalej próbować. Więc próbowałam.

A ludzie myślą, że śniłaś swój amerykański sen...

- Tak, każdemu się wydaje, że wszystko było super, magiczne historie, "jejku, ale jej się udało". A to nie o to chodzi. Ciężko pracowałam i dalej pracuję. Jeśli nie jesteś dobra, najlepsza, to zawsze się znajdzie ktoś inny. Dalej muszę walczyć. Nie jest tak, że wszystko osiągnęłam. Mam jeszcze inne ambicje. Takie jest życie, cały czas trzeba walczyć i pracować, chociaż niektórym się wydaje, że wszystko jest magiczne i łatwo przychodzi.

Ładnie mówisz o Polsce, o swoich korzeniach. Dlaczego to jest dla ciebie takie ważne?

- Nie można ignorować tego, skąd się jest. Urodziłam się w Polsce, moja rodzina to Polacy. Dlaczego mam udawać, że moje korzenie nie są polskie? Wiem, że jest dużo ludzi, którzy kiedy wyjeżdżają za granicę, zapominają o tym. Zapominają języka, nie uczą go dzieci. Nie wiem, dlaczego. Moi rodzice zawsze chcieli, żebym wiedziała, skąd jestem, żebym rozmawiała po polsku, co wcale nie jest łatwe, kiedy się żyje wśród amerykańskich znajomych. Ale my nie uciekaliśmy od tego, kim jesteśmy. Moja mama wyjechała, bo chciała być bliżej swojej mamy i siostry, chciała też lepszego życia dla mnie. W Polsce panował wtedy komunizm.

W domu rozmawialiście po polsku?

- Moi rodzice, choć tyle lat mieszkają w Stanach, lepiej mówią po polsku niż po angielsku, bo zawsze dużo czasu spędzali z Polakami, mieli polskich przyjaciół. W Chicago jest tak dużo Polaków, że jeśli się nie chce, to można nie używać angielskiego. W domu też rozmawialiśmy po polsku, choć mnie i Marcie łatwiej było rozmawiać po angielsku. Rodzice chcieli, żebyśmy co sobotę chodziły do polskiej szkoły, ale wiadomo, jak jest z młodymi dziewczynami − nieraz wolałam iść się pobawić z koleżankami, niż chodzić w weekend do szkoły. Niby chodziłam tam przez 7 lat, ale specjalnie nie dbałam, żeby przeczytać jakąś książkę. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego to jest ważne, teraz żałuję. Jak się jest małym, to się nie patrzy w przyszłość. Swoje dzieci chciałabym nauczyć kilku języków, bo to pomaga w życiu.

Kiedy mama przyjechała do ciebie do Los Angeles?

- W2001 albo 2002 roku. Najpierw przyjechała Marta, a potem mama zdecydowała, że chce być bliżej nas i też się przeprowadziła.

Rzuciła pracę?

- Szukała dla siebie pracy w LA. Moi rodzice nigdy nie mieli takich pieniędzy, żeby nie musieć pracować.

Musiałaś polegać na sobie?

- Oczywiście. Kiedy skończyłam 16 lat i chciałam mieć samochód, pracowałam, żeby go sobie kupić. Nigdy nie wyciągałam pieniędzy od rodziców. Wiedziałam, że oni bardzo ciężko pracują, żeby utrzymać dom. Dla mnie to nienormalne, brać od rodziców pieniądze. Moim zdaniem każda osoba powinna się nauczyć, jakie są realia życia. Chodzisz do szkoły, a jeśli chcesz sobie coś kupić, zapracuj. Tylko wtedy zrozumiesz, że pieniądze nie rosną na drzewie. Będziesz mieć do nich większy szacunek. Gdy rodzice dają, to dzieci biorą i myślą, że tak wygląda życie. A życie nie jest takie łatwe. Zawsze na siebie pracowałam, nie wymagałam od rodziców zaspokajania zachcianek.

Co robiłaś?

- To się chyba nazywa telemarketing − dzwonisz do ludzi, zadajesz pytania o rozmaite rzeczy, o to, co lubią, czego używają. Takie badania konsumenckie. Nie lubiłam swojej pracy, ale wiedziałam, że powinnam, jeśli chcę sobie coś kupić. Bo skąd mam wziąć pieniądze? Pracowałam w weekendy. Musiałam.

Kiedy poczułaś, że możesz odetchnąć, a to, co robisz, idzie w dobrą stronę?

- Nigdy jeszcze nie odetchnęłam, jeszcze nie miałam takiego momentu, kiedy mogłabym poczuć się stabilnie, stwierdzić, że mogę odpuścić i nie muszę już tyle pracować. Nie wiem, czy ten moment kiedykolwiek nadejdzie, bo wiadomo, że kiedy się trochę więcej zarobi, to się od razu trochę więcej chce. Nie jest tak, że masz coś i się tego trzymasz. Więcej zarobisz, to chcesz sobie kupić coś ładniejszego, większy dom. Czasami przez to bierze się na siebie więcej stresu niż się powinno i to też nie jest dobre. Ale na pewno nie jestem w momencie, kiedy mogłabym wszystko rzucić i nie pracować.

A co byś jeszcze chciała osiągnąć? Dokąd chcesz dojść?

- Ciężko powiedzieć, bo można mieć marzenia, planować przyszłość, ale tak naprawdę im więcej planujesz, a to się nie dzieje, to tym gorzej się czujesz. Dlatego wolę żyć z dnia na dzień, robić to, co mogę, żeby nie dawać sobie za dużo "pressure" (presji, przyp. red.), że muszę to czy tamto. Kiedy o czymś marzysz i to ma się wydarzyć, to się wydarzy, ale czasami możesz walczyć i robić wszystko, a coś nie wychodzi. Po co sobie robić krzywdę? Lepiej żyć dzień po dniu i próbować, czego się da. Gdy przyjdzie sukces, to super, a jak nie, to chociaż wiesz, że próbowałaś. Nie jest tak, że masz plan i on się z pewnością uda. Szczególnie w mojej pracy. Show-biznes jest niestabilny, nie wiesz, co się wydarzy za rok, za dwa, za trzy. Karierę adwokata lub lekarza trochę łatwiej zaplanować. W show-biznesie ciężko planować przyszłość.

Brzmi fajnie, ale ludzie latami się uczą, żeby to sobie w głowie dobrze poukładać.

- To przychodzi z "experience" (doświadczenia, przyp.red.). Po prostu kiedy planowałam i mi się nie udawało, to potem byłam oburzona, smutna, miałam depresję. Po co? Lepiej robić to, co się akurat da, a jeśli coś z tego wyjdzie, to super. Tak samo jest z planowaniem dzieci − nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. Nie wiesz tak naprawdę, czy małżeństwo ci się uda, czy uda ci się mieć dzieci. Po co planować? Wiem, że ludzie lubią planować, ale ja chyba mam inne podejście. Moim zdaniem lepiej spróbować więcej rzeczy, niż skoncentrować się tylko na jednej z nich. A co, jeśli to jedno, w co zainwestowaliśmy tyle energii, nie wyjdzie?

Zdjęcie

Przez jakiś czas miałam depresję. Jadłam i przytyłam. I znowu miałam depresję. Wiedziałam, że jestem za gruba i nici z moich marzeń /Podlewski /AKPA
Przez jakiś czas miałam depresję. Jadłam i przytyłam. I znowu miałam depresję. Wiedziałam, że jestem za gruba i nici z moich marzeń
/Podlewski /AKPA

Co jest dla ciebie w tej chwili najważniejsze?

- Zawsze zdrowie. Obojętnie, co się stanie w życiu, bez zdrowia nie masz nic. Ze zdrowiem wszystko przejdziesz. Gdy się jest młodszym, to się myśli, że życie to jest "La La Land". Ale gdy jest się starszym i zna się już "reality" (rzeczywistość, przyp.red.), wie się, jak wygląda życie, to wiadomo, że najważniejsze jest zdrowie. Życie jest bardzo "fragile" (kruche, przyp. red.), nigdy nie wiadomo, co się może stać za chwilę.

Jesteś oszczędna czy rozrzutna?

- Jeśli chodzi o ubrania, to nie jestem rozrzutna. Nie zależy mi na nie wiadomo jakich markach. Prawdopodobnie jestem bardziej rozrzutna w życiu, jeśli chodzi o domy i pomaganie zwierzakom. Romain czasami się tym stresuje i mówi, że muszę bardziej uważać. Im jestem starsza, tym bardziej zwracam uwagę na pieniądze.

Żeby "nie zostawać na zero"?

- Tak. Gdy jest się młodszym, to się o tym nie myśli, ale gdy jesteś dorosła, chcesz mieć rodzinę i jeszcze pomóc innym, to inaczej na to patrzysz. Ale codziennie się uczę. Nie jestem "perfect".

Co się w tobie najbardziej zmieniło z biegiem lat?

- Wydaje mi się, że jestem bardzo mocna. "No matter what", mam w sobie siłę i wiarę, że wszystko będzie OK.

Skąd bierzesz tę siłę?

- Z życia. Wyjechałam do LA, przez kilka lat nic mi się nie układało, konkurencja była ogromna. Moje życie nigdy nie było idealne. Kiedy Marta była mała, musiałam dorosnąć szybciej niż inne dzieci. To też mi dało siłę i grubszą skórę. Może czasem jestem nawet za mocna. Romek czasem na to narzeka, ale myślę, że taka cecha jest potrzebna. Bo obojętnie, co się stanie w życiu, jeśli wiesz, że masz tę siłę, to możesz wszystko. "No matter what happens" (Nieważne, co się stanie, przyp. red.) − dasz sobie radę.

Nic cię nie złamie.

- Czy to będą przyjaciele, kariera czy związek, trzeba mieć tę moc, żeby się nie poddawać. Bo jak się załamiesz, to co wtedy? Nic nie osiągniesz, zapłacisz za to zdrowiem, dopiero wtedy mogą się zacząć prawdziwe problemy. Oczywiście, że miewam momenty, kiedy czuję się słabsza, ale tłumaczę sobie, że muszę być mocna, bo nie ma innego wyjścia.

Twoja siostra Marta ma podobnie?

- Ona jest bardziej wrażliwa, pewnie też dlatego, że to ja jestem tą starszą siostrą. Musiałam jej pomagać, opiekować się nią. Byłam dla niej drugą mamą. Musiałam być twarda od małego, żeby pomagać mamie. Nie miałam wyjścia i tak mi zostało. A ona wiadomo, młodsza, każdy tylko: Martusia i Martusia. Jesteśmy inne, ale miłość, serce do zwierząt i do innych ludzi, mamy tę samą.

Z Romkiem cały czas żyjecie na dwa domy? Ty w LA, on w Miami?

- Tak. To trwa już dziesięć lat. Zobaczymy - jeśli będzie w przyszłości rodzina, to będziemy musieli inaczej to zbudować. Ale na razie on ma w Miami swoją pracę, a ja koncentruję się tu, w LA, na swojej. Ciężko jest rzucić wszystko dla drugiej osoby. Oczywiście nasz związek nie jest perfekcyjny, mamy trudniejsze momenty, ale na razie nie ma innego rozwiązania. Ja mam swoje rzeczy, które chcę osiągnąć i nie chcę potem żałować, że nie robiłam tego, co kocham, a on przecież też chce pracować. Świat nie jest idealny. Niektóre związki tak właśnie wyglądają i trudno. Jeśli się ma męża pilota czy biznesmena, który dużo wyjeżdża, to też jest to związek na odległość.

Powtarzasz, że rodzina jest dla ciebie ważna. Ale dzieci na razie odkładasz.

- Wiem, że jak będę miała dzieci, będę musiała zmienić tryb życia. Nie będę mogła robić tego, co robię i chyba trochę się tego obawiam. Ale chcę być matką i pewnie to się kiedyś stanie. Tylko wciąż nie przyszedł moment, kiedy czuję, że jestem już gotowa. Być może człowiek nigdy nie jest na to gotowy? Pewnie w końcu będę musiała podjąć tę decyzję, pomyśleć o tym w ten sposób: "Co będzie, to będzie".

Mama nie naciska? Babcie zawsze chcą mieć wnuki do tulenia...

- Czasem mówi: "Byłoby fajnie, gdybyście mieli dzieci, byłyby śliczne, bardzo bym je kochała". Ale na siłę się nie da. W życiu niczego nie powinno się robić na siłę.

Jak Romek dogaduje się z twoją mamą?

- Od początku zaakceptował ją jak swoją. Jego mama mieszka we Francji, tata w Brazylii, na co dzień nie miał wokół siebie bliskiej rodziny, więc pokochał ją i zaakceptował jak własną. Ciężko znaleźć kogoś, kto jest w stanie zaakceptować takie życie w dwóch miejscach, plus mamę − teściową, ale Romek jest dobrym człowiekiem, ma ogromne serce, chce, żebym była szczęśliwa.

Pozytywne podejście do świata - z tym się rodzimy czy dostajemy to od rodziców?

- Patrzyłam na mamę, widziałam, jak ciężkie miała momenty, ale też jaka silna w tym była. To mi zostało. Nie ma innego wyjścia − co można osiągnąć, nie będąc pozytywnym? Życie nie zawsze układa się tak, jak chcemy, ale mając pozytywne nastawienie, przynajmniej masz nadzieję, że wszystko będzie dobrze. U nas nigdy nie było "końca świata", zawsze znalazło się wyjście z sytuacji. Czuliśmy, że możemy wszystko.

Mama mieszka z tobą w LA. A gdzie jest tata?

- Mieszka w Chicago, ale normalnie się kontaktujemy, rozmawiamy ze sobą, widujemy się. Ci, co piszą inaczej, kłamią.

Los Angeles to twoje miejsce na ziemi?

- Jest mi tu dobrze, ale czy zostanę tu na zawsze? Nie wiem. Chciałabym, ale tego przecież nie wiadomo. Życie lubi nas zaskakiwać i wszystko zmieniać. Na razie kocham LA i chcę tu zostać, ale nie zamykam się na inne opcje.

Miami jest dla ciebie za nudne?

- Tam jest Romek, ale tam się czuję jak na wakacjach. Praca, znajomi, moje pieski i mama są w Los Angeles.

Anna Rączkowska

GRAZIA 2/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • ​Gabrielle Chanel

    Nowy damski zapach marki Chanel to promienna kompozycja. Słoneczny kwiat, inspirowany postacią Gabrielle Chanel, stworzony przez Oliviera Polge’a na bazie bukietu czterech białych kwiatów, we... więcej