Michał Żurawski, pierwszy macho polskiego kina. Tak się przynajmniej wydawało po programie „Azja Express”, gdzie w sposób mało wybredny wypowiadał się na temat kobiet. Dzisiaj twierdzi, że to wszystko męskie kompleksy, bo i tak to kobiety rządzą światem. A kto rządzi u Michała w domu?

Zdjęcie

Czasem nie chce mi się wstać na plan, a czasami tam pędzę i o niczym innym nie myślę. Ale jestem profesjonalistą. To moja praca, czasem trzeba się spiąć. I już. - mówi Michał Żurawski /Gałązka /AKPA
Czasem nie chce mi się wstać na plan, a czasami tam pędzę i o niczym innym nie myślę. Ale jestem profesjonalistą. To moja praca, czasem trzeba się spiąć. I już. - mówi Michał Żurawski
/Gałązka /AKPA

Mówi się, że przyszłość należy do kobiet. Co ty na to, pierwszy macho polskiego kina?

Michał Żurawski: - Jaki tam ze mnie macho? Nareszcie przyszłość należy do kobiet.

Reklama

Trzymasz z kobietami?

- Pewnie. To dla mnie naturalne. I dla świata też powinno być. Zachwycamy się starożytnym Rzymem, a w czasach Imperium Rzymskiego panował tam patriarchat. W wielu tzw. barbarzyńskich krajach to kobiety decydowały, jak ma wyglądać życie. Były przywódcami plemion, nie wchodziły w konflikty z sąsiadami i żyły we względnym pokoju, dopóki nie zostały najechane przez męski Rzym. Dzisiaj też wystarczy spojrzeć na kraje rządzone przez kobiety (choć są oczywiście wyjątki) - one, zamiast się zbroić, starają się podejmować racjonalne decyzje. I to jest wspaniałe. Choć z drugiej strony uważam również, że gdyby kobiety prowadziły wojny, to byłyby to wojny dużo bardziej drastyczne niż te prowadzone przez mężczyzn.

Dlaczego?

- Wystarczy spojrzeć, jak się kłócą kobiety, a jak mężczyźni.

Naprawdę wierzysz, że przyszłość należy do kobiet?

- Wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek ludzie będą wysyłać swoich przedstawicieli w kosmos, żeby poznawać i kolonizować obce planety, to będą to kobiety.

Dlaczego?

- Bo one bez nas, mężczyzn, dadzą sobie radę. A mężczyźni bez kobiet - nie. Jeśli miałbym decydować o ekipie, która zamrożona będzie podróżować przez 200 albo 200 tysięcy lat, to byłyby to kobiety i plemniki, które mają je zapłodnić. Po co w takiej ekspedycji mężczyźni z tą swoją agresją? Wy jesteście mocniejsze od nas psychicznie. W stresie działacie logiczniej niż my. My się poddajemy emocjom, wpadamy w szał, furię, mordujemy się nawzajem, a wy?

A my?

- W naturze kobiecej jest zakodowane przetrwanie gatunku. My przekazujemy wam materiał genetyczny, ale mamy przetrwanie gatunku gdzieś.

Co masz na myśli?

- Sam tego doświadczyłem, lecąc samolotem do Jordanii, kiedy zobaczyłem wybuchające przede mną bomby. Uspokoiłem się, bo wytłumaczyłem sobie: "Dobra, mogę umierać, ja już przekazałem swój materiał genetyczny, mam trójkę dzieci. I wszystkie są bezpieczne, bo są z moją żoną".

I nie pomyślałeś o tym, że oni wszyscy jednak trochę cię potrzebują?

- Nie, bo wiem, że dadzą sobie beze mnie radę. Przekazałem, co miałem do przekazania, mogę umierać. W sytuacji zagrożenia czułem spokój, nie bałem się, że zginę. Mężczyźni są egoistami, to wy wychowujecie dzieci.

Powiedziałeś, że mężczyźni bardziej poddają się emocjom, a to kobietom się to zarzuca. I jeszcze histerię.

- Mężczyznom wygodnie jest tak mówić, bo dzięki temu łatwiej im utrzymać status quo. A są wkurzeni, bo przez ostatnie 50 lat odbyła się wielka rewolucja, kobiety z łatwością wskoczyły w dziedziny, do których wcześniej nie miały dostępu. Wiadomo, że nam się to nie podoba, że my się przeciw temu buntujemy, to w nas tkwi jak zadra. Mnie też wkurza, jak przegrywam z kobietą, szczególnie w konkurencjach fizycznych. Dużo bardziej się wtedy wkurzam, niż kiedy przegrywam z mężczyzną. I nic na to nie poradzę, bo to wszystko tak głęboko siedzi w mojej męskiej naturze.

A jak to się przekłada na twoje życie?

- Może mi się nie podobać, że pokonała mnie kobieta, ale szanuję, jeśli tak się stanie. Tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś jest kobietą, czy mężczyzną.

A co ma znaczenie?

- Czy ktoś jest głupi czy nie, jak u niego z inteligencją emocjonalną, a nie jakiej jest płci.

Nie rozdzielasz świata na kobiety i mężczyzn?

- Nie. Może poza małymi wyjątkami, kiedy okazuje się, że coś siedzi w naszej naturze...

Rozumiem, że bardziej podobają ci się jednak kobiety niż mężczyźni.

- Na przykład.

I nie masz problemu ze ślicznymi, zadbanymi chłopcami, którzy prężą muskuły przed lustrem na siłowni?

- Nie kumam tego. Nie różnią się niczym od modelek, tak samo jak one przeglądają się w lustrze. Kiedyś facet to był facet.

Czyli? Co to według ciebie znaczy?

- Nie narzekać, iść do przodu, robić swoje, nie marudzić. Ja też chodzę teraz na ciężkie treningi MMA (mieszanych sztuk walki, przyp.red.), ale dostaję tam taki wycisk, że nie mam siły stać przed lustrem i badać, czy mi się muskuły lepiej prężą. Nawet gdybym chciał coś takiego zrobić, to sam bym siebie za to zbeształ. "Zasuwaj, a nie oglądaj się w lustrze, efekty przyjdą", myślę.

Do czego tak trenujesz?

- Mam do czego, ale na razie nie mogę mówić. Ale też trenuję, bo usłyszałem niedawno na castingach, że "nie wyglądam na sportowca", a do tej roli, o którą się starałem, powinienem. No to wynająłem trenera i trenuję. I to jest właśnie jakiś rodzaj męskości dla mnie - jest ciężko, ale nie narzekam, tylko zasuwam. Nawet jak mi się nie chce.

Skoro masz w głowie pewien obraz męskości, to pewnie też kobiecości?

- Tak, ale ten obraz się zmienia. Kiedyś kobieta była od rodzenia, opiekowania się dziećmi i dbania o dom. I to było dla mężczyzn podniecające i atrakcyjne. Moja żona jest totalnym zaprzeczeniem takiej kobiety (śmiech). Ma charakter jak mężczyzna: do boju, nie zastanawiać się, robić. I często nie ma jej w domu, bo ma dużo pracy i rozmaitych zajęć. Ale chociaż ma dużo cech męskich, jest stuprocentową kobietą. W stosunku do dzieci jest opiekuńcza, cierpliwa, troskliwa. Mnie tych cech często brakuje. Mnie nosi. Kiedy trójka dzieci zaczyna mi wchodzić na głowę, tracę cierpliwość. A Roma jej nie traci. W każdym razie nie przy mnie. Dla mnie to jest totalnie kobiece i podniecające.

Coś jeszcze?

- Z facetami jest tak, że nam się wydaje, że to my rządzimy światem, a przecież tak naprawdę to wy rządzicie. I jak mężczyzna będzie uparcie twierdził, że tak nie jest, to będzie miał problem. Będzie w to błoto właził coraz głębiej, aż się utopi. Chodzi o to, żeby spotkać kobietę, która akceptuje to, że facet uważa, że jest panem wszechświata, ale ona i tak robi swoje.

Roma coś w tobie zmieniła?

- Na pewno jestem dzięki niej mniej porywczy. Ale najbardziej zmieniły mnie dzieci. To kompletny kosmos. Ostatnio spotkałem koleżankę aktorkę, która powiedziała mi, że jest załamana, bo się dyrektor teatru zmienił i co teraz będzie. Ja do niej: "Dziewczyno, przecież to tylko praca, nieistotna pierdoła!". Pomyślałem, że może gdyby miała dziecko, patrzyłaby na to inaczej. Tak było w moim życiu. Kiedy pojawiły się dzieci, zmieniły mi się priorytety. Praca nadal jest bardzo ważna, ale nie jest już najważniejsza na świecie. Oczywiście tak się mądrzę, bo mam robotę. Może gdybym nie miał, to mówiłbym inaczej. Nie wiem. W każdym razie dzieci mnie zmieniły. Wiem, brzmi jak banał. Ale na tym to właśnie polega.

Tobie to pomogło czy przeszkodziło?

- Pomogło. Kiedyś szukałem rzeczy, które będą dla mnie ważne. Była to praca, pogoń za nią albo za jakimiś marzeniami. Ale kiedy wreszcie dotarło do mnie, co jest naprawdę ważne, przestałem się martwić pracą i... właśnie wtedy ta praca do mnie przyszła. Tak było z Machulskim, do którego, odkąd pamiętam, próbowałem się dobić różnymi metodami. Bombardowałem swoim CV, próbowałem zdobyć numer telefonu. Przypominałem się jego sekretarce, a jak przestałem, zadzwonił z propozycją.

Zawsze chciałeś pracować z Juliuszem Machulskim?

- Pewnie, chyba każdy aktor chciałby z nim pracować. To superdowcipny i inteligentny facet. Z takimi ludźmi człowiek się nie nudzi. Poza tym "Voltę" kręciliśmy latem, część zdjęć w Lublinie, a tam są superknajpy ze świetnym żarciem, atmosfera, czuliśmy się jak na wakacjach. To jeden z najprzyjemniejszych planów, na których byłem.

A do tego powstał niezły film.

- A nie zawsze tak jest, że zabawa na planie równa się zabawie na ekranie. Częściej jest zabawa na planie i smutek na ekranie (śmiech). U Juliusza zawsze grają świetni aktorzy, teraz też miał fantastyczną obsadę fajni ludzie, było super. Poza tym powiedział mi, że pisał tę rolę z myślą o mnie, więc konkretnie połechtał moje ego. Potem pięknie mi podziękował za pracę. To była czysta przyjemność i głaskanie po plecach.

Twój bohater jest gejem czy feministą?

- Gejem feministą. Jeśli o to pytasz, to znaczy, że robota została wykonana, bo dokładnie coś takiego wymyśliliśmy sobie z Juliuszem. Juliusz jest w pracy superprofesjonalistą.

Co masz na myśli?

- Od początku, od prób czytanych czułem, że jestem bezpieczny, bo on jest przygotowany do projektu. Nie można go było niczym zaskoczyć. Ja miałem ksywkę Milik.

Milik?

- To ten piłkarz, co ciągle pudłuje. Byłem tak nakręcony na tę pracę, że co chwilę dawałem Juliuszowi rozmaite propozycje, jak coś zagrać, a on patrzył na mnie i mówił: "Nie, pomyśl o czymś innym". Po kilku takich próbach drugi reżyser stwierdził, że jestem jak Milik. Zawsze słupek albo poprzeczka.

To cię nie wkurzało?

- Nie, bo to znaczyło, że reżyser świetnie wie, jak ta postać ma wyglądać. Na tym właśnie polega profesjonalizm. A w tej robocie zdarzają się tacy, którzy szukają w trakcie, kombinują. Kiedy mi się wydaje, że wiem więcej od reżysera, zaczynam się denerwować. Ostatnio w pewnym teatrze wycofałem się z prób do spektaklu, bo reżyserka zupełnie nie wiedziała, czego chce. I nawet nie starała się tego ukryć. Nie byłem w stanie kontynuować, nie miałem cierpliwości. Kiedyś walczyłbym do końca, dzisiaj jestem na to zbyt ekonomiczny. To przez szacunek do tego, co robię. Po co mam marnować energię?

Takie zachowania sprawiają, że ludzie myślą, że jesteś trudny?

- Może tak, nie wiem. Na opiniach niektórych ludzi mi zależy, ale nie zależy mi na dobrej opinii u wszystkich. Nie zaglądam do internetu, nie mam telewizora. Nie interesują mnie recenzje, nigdy się nimi nie kieruję. Nie za bardzo ufam krytykom, ani jak chwalą, ani jak ganią. Często to, co widzę na ekranie, ma się nijak do tego, co oni na ten temat piszą. Jak ocenić dzieło sztuki? Spektakl teatralny? Film? To tak samo jak z nagrodami - ocenianie, że w tym roku ten aktor albo reżyser jest najlepszy, to bezsens. Zawód, który uprawiam, jest złudny, niewymierny. To nie sport.

Ale nagrody łechczą ego?

- No tak. Są miłe.

A jak tam twoje ego? Rozbuchane?

- Myślę, że jak u większości aktorów. Chyba po to się nim zostaje, żeby karmić swoje ego. Również jak się nie wie, co ze sobą zrobić w życiu. Tak było ze mną. Miałem iść na ASP do Krakowa i malować, wyszło inaczej. Trudno. Muszę teraz nieść to brzemię.

Dlaczego wylądowałeś na aktorstwie, a nie na ASP?

- Bo egzaminy do szkoły teatralnej są wcześniej niż inne. Poszedłem na nie i jak się okazało, że mnie przyjęli, to już mi się nie chciało na nic innego zdawać.

Zostałeś aktorem z lenistwa?

- I z wygody. A nikt we mnie nie wierzył poza rodzicami.

Zaakceptowali to aktorstwo?

- Tak, mam rodziców, którzy nawet jeśli nie rozumieli czegoś, co z bratem wymyślaliśmy, to i tak to akceptowali. Mają otwarte umysły i zostawiali nam sporą swobodę. Dzięki Bogu. Jak patrzę na to z perspektywy, to wygląda na to, że robiliśmy, co chcieliśmy.

Byliście z bratem łobuzami?

- Tak. Nie ma o czym gadać, stare dzieje. Ale nie lądowaliśmy co dwa tygodnie na komisariacie. No może raz do roku.

Powiedziałeś, że jesteś raczej leniem. Jak to się przekłada na pracę?

- Czasem nie chce mi się wstać na plan, a czasami tam pędzę i o niczym innym nie myślę. Ale jestem profesjonalistą. To moja praca, czasem trzeba się spiąć. I już. Zresztą nad lenistwem też pracuję. Ono potrafi być mobilizujące.

Co najbardziej lubisz robić w domu?

- Leżeć. Kocham ten moment, kiedy dzieci już śpią i mam chwilę dla siebie.

Co wtedy robisz?

- Czytam, oglądam filmy, leżę w wannie. Dzień daje w kość, dzieci dają w kość, dlatego człowiek marzy o tej godzince dla siebie. Czasem cały dzień się na to czeka. Z drugiej strony czasami kiedy nie ma dzieci, jestem sam i mam kupę wolnego czasu, to nie wiem, co z tym zrobić, i przychodzą mi do głowy głupoty.

Jakie?

- A jakie głupoty może robić facet? My mamy totalną fantazję do głupot, czasem zachowujemy się jak mali chłopcy. Nie będę dawał przykładów, bo i tak będę musiał potem cenzurować. Niech zostaną "głupoty".

Mówi się, że aktorzy są wrażliwi i depresyjni. Ty jesteś?

- Kiedyś trochę byłem. Dzisiaj mniej, bo mam dzieci i nie mam już na to czasu. Ale kiedyś, jak miałem czas, lubiłem się trochę unurzać w melancholii. A to, że zły zawód wybrałem, bo się w nim nie spełniam, a to, że mi z kobietami nie wychodzi...

Kiedy byłeś taki depresyjny?

- To się skończyło dopiero, kiedy urodziło mi się drugie dziecko. Dopiero wtedy przestałem się tymi bzdurami przejmować.

Czyli nie masz depresji, bo nie masz czasu?

- Nie mam czasu na pierdoły, zajmuję się budowaniem, a nie niszczeniem.

Budowaniem czego?

- Wszystkiego, zaczynając od domu, poprzez psychikę, fizyczność, brak głupot.

Jesteś teraz w jakimś szczególnie dobrym momencie?

- Na pewno lepszym niż kiedyś, wokół mnie dzieje się dużo przyjemnych rzeczy.

Należysz do tych, którzy mówią, że nigdy w życiu nie chcieliby być młodsi?

- Może i chciałbym być młodszy, ale z tym doświadczeniem, które mam teraz. Dzisiaj widzę szklankę do połowy pełną, a nie pustą. Mam poczucie, że jest OK. Trzeba utrzymać ten poziom, nie schodzić w dół, a będzie jeszcze lepiej.

Anna Rączkowska

GRAZIA 7/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Ile jesteśmy winni rodzicom?

    Starym rodzicom należy się szacunek, pomoc i opieka. Tak jednym tchem powie większość z nas. A co, jeśli poczucie obowiązku miesza się w nas z poczuciem krzywdy i żalem z dzieciństwa? Czy rodzice... więcej