Czy można sobie zaprojektować świat? „Jeśli mocno czegoś pragnę i intensywnie to sobie wyobrażam, to się po prostu wydarzy”, twierdzi Magdalena Różczka. Naiwność? Zbytni optymizm? A może po prostu sposób na życie w radości i spokoju?.

Zdjęcie

Magdalena Różczka /East News
Magdalena Różczka
/East News

To ty wpadłaś na pomysł książki dla dzieci, "Gabi. A właśnie, że jest pięknie!"?

Magdalena Różczka: - Kiedyś napisałam krótkie opowiadanie dla dzieci na zamówienie wydawnictwa, ten tomik nazywał się "Gwiazdy na dobranoc". Bardzo się w to wkręciłam, wymyślałam, napisałam sama każde słowo. Marysia Dudelewicz zrobiła do tamtej bajki ilustracje, a później przez kilka lat pytała, kiedy napiszę swoją książkę. Dla mnie napisać trzy SMS-y to wyczyn, więc jaką książkę? Ale ponieważ tych pytających osób robiło się wokół mnie coraz więcej, to ja sobie tę książkę zaczęłam tak po cichutku wymyślać.

Reklama

Co było potem?

- Rok temu na pewnej imprezie podeszła do mnie pani z wydawnictwa i zapytała, czy nie chciałabym napisać książki dla dzieci. A ponieważ właściwie miałam ją już wymyśloną, to się zgodziłam. Poprosiłam, żeby ilustracje robiła Marysia, bo świetnie się rozumiemy - ona czyta w moich myślach - i poprosiłam jeszcze o kogoś, kto ma większe niż ja doświadczenie w pisaniu. Ten ktoś miał stać nade mną z batem i pilnować, żeby wszystko się udało. Tym ktosiem jest moja kuzynka Marta Wysocka-Jóźwiak.

Ty pisałaś, czy ona?

- Spotykałyśmy się z Martą, wymyślałyśmy punkty zwrotne akcji, kolejne rozdziały, rozmawiałyśmy, na czym nam najbardziej w tej książce zależy. A potem wymyślony wcześniej rozdział opowiadałam wieczorem dzieciom i jak im się podobało, to następnego wieczoru opowiadałam jeszcze raz, tym razem przy włączonym dyktafonie. I to nagranie, mój pierwszy audiobook, wysyłałam kuzynce. Ona to spisywała, bo ja wolno piszę na komputerze i gdybym miała to robić sama, szybko bym się zniechęciła - że moje myśli są już dalej, a tu jeszcze nienapisane. Myślę emocjami, obrazkami, filmowo. Mam nadzieję, że udało mi się to przenieść do książki.

Na czym ci w tej książce najbardziej zależało?

- Główna bohaterka Gabrysia wychowuje się w rodzinie zastępczej. Nie chciałam tym czytelnika zamęczyć, ale to rzeczywiście dla mnie ważny temat. Oprócz tego jest totalną optymistką. Bo tego mi brakuje u dzisiejszych dzieci. Wydaje mi się, że są dużo "starsze" i poważniejsze niż my kiedyś. Więcej mają i nie potrafią się cieszyć małymi rzeczami. W dzieciństwie mogłam bawić się patykiem przez trzy godziny. Siedziałam też pół dnia na trzepaku. W Warszawie takich dzieci nie widzę. Rodzice boją się zostawić dziecko samo na podwórku. Nie tylko w Warszawie, w Nowej Soli, skąd pochodzę, pewnie jest podobnie. Chciałam pokazać, że choć w domu Gabrysi się nie przelewa, ona umie się cieszyć każdą drobnostką. W jej zastępczej rodzinie ważna jest miłość, bliskość, relacje, wartości, a nie wyjazdy za granicę.

Gabrysia ma kolegę, z którym teoretycznie nic jej nie łączy...

- On jest jedynakiem z bogatej rodziny, raczej pesymistycznie nastawionym do świata. Dlatego ta książka zaczyna się spóźnieniem na autobus - niektórzy w tym momencie myślą "ja to mam zawsze pecha", a drudzy "ciekawe, jaka superprzygoda mnie dzisiaj spotka". Ona wierzy, że zawsze będzie dobrze, a on ma plan B, gdyby przypadkiem zaczęło padać... Takie osoby mogą się od siebie uczyć, wspierać się i to może być bardzo fajna relacja.

Ile Gabrysia ma z ciebie?

- Z charakteru to jestem cała ja, choć to nie są moje przygody.

Taką jesteś optymistką?

- Tak, i dopiero niedawno zrozumiałam, że nie każdy tak ma i niektórzy mnie po prostu nie rozumieją.

Czego nie rozumieją?

- Radości i wiary w to, że będzie dobrze. A mnie zawsze dziwiło, że niektórzy myślą inaczej niż ja. Bliskie mi osoby mogę tym optymizmem trochę zarażać, ale staram się zauważać, że niektórzy mają po prostu inną konstrukcję psychiczną.

Zawsze tak miałaś?

- Zawsze. Mogłam mieć dwa złote w kieszeni i zawsze pytałam wszystkich, czy nie chcą pożyczyć, bo mam dużo. Wydawało mi się, że jestem bogata, że wszystko mi się uda. A jak mi się nie udawało, to też wierzyłam, że to dobry znak.

Człowiek się z tym rodzi, czy tak zostaje wychowany? 

- Ja się z tym urodziłam i uczyłam wszystkich wokół. Ale tego chyba niestety nie da się nauczyć. Łatwiej się żyje, choć czasem można coś przeoczyć. Ja pewnych rzeczy nie widzę, a nawet jak już zobaczę, to jak mi nie pasują, potrafię wymazać z pamięci. Nie uczę się na błędach. Mnóstwo rzeczy mi ukradziono, bo nie rozumiem, dlaczego miałabym czegoś pilnować? Kiedy siedzę w knajpie i muszę pójść do łazienki, to oczywiście przy stole zostawiam torbę ze wszystkimi ważnymi rzeczami. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś miałby zabrać coś nieswojego. Nie jestem w stanie się tego nauczyć.

Nikt nigdy nie próbował tego w tobie zmieniać?

- Chyba wszyscy. Jestem też bałaganiarą, ciągle czegoś szukam i ciągle słyszałam, że całe życie spędzę na szukaniu. I tak jest. Bo jak mi ktoś czegoś nie ukradnie, to ja i tak prawdopodobnie to zgubię. Ale cóż, są rzeczy, które można zmienić, i takie, których zmienić się nie da. Nawet jak sobie kupię 10 pomadek do ust i staram się mieć je w rozmaitych miejscach wokół siebie - w torebce, w kieszeni, w szufladzie - to i tak ciągle ich szukam.

Nie masz na to wpływu. A na co w takim razie masz?

- Chyba na to, co robię zawodowo, choć kiedyś tego nie czułam. W swoich różowych okularach po prostu tego nie zauważałam. Wierzę, że przytrafiają mi się rzeczy, które są mi pisane. Teraz akurat jestem w trakcie prób do "Wujaszka Wani" w reżyserii Iwana Wyrypajewa w Teatrze Polskim. O teatrze marzyłam od lat, ale nigdy nie chciałam robić tego byle jak, na chybcika, między zdjęciami, bo do teatru czuję respekt. A teraz akurat mam luźniejszy moment i na cały listopad i grudzień mogę się zamknąć w teatrze. Z taką sztuką i reżyserem? To spotkanie jest jak marzenie, które się spełniło, zanim je sobie wymarzyłam. Ja zresztą nie mam nierealnych marzeń. W obsadzie Maciek Stuhr, Karolina Gruszka, Andrzej Seweryn, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, która uczyła mnie w szkole teatralnej... Każda próba jest dla mnie wydarzeniem, przychodzę wcześniej, żeby chłonąć to, co się dzieje.

Powiedziałaś, że nie masz nieosiągalnych marzeń. To nie do końca pasuje do tego twojego optymizmu.

- Ktoś kiedyś mnie zapytał, czy jestem optymistką, czy mam plan B, i muszę przyznać, że w tych newralgicznych momentach, jak np. zdawanie do szkoły aktorskiej, rzeczywiście miałam.

Na czym polegał?

- Po pierwsze - składałam papiery na cztery uczelnie, a nie tylko do Warszawy, gdzie chciałam się dostać i gdzie się ostatecznie dostałam. Plan C polegał na tym, że jeżeli się do szkoły teatralnej nie dostanę, to i tak przeprowadzam się do Warszawy, zatrudniam w teatrze, sprzedaję bilety - albo obsługuję widownię, dzięki czemu mam wszędzie wejście, obserwuję próby, znam wszystko na pamięć, a w newralgicznym momencie wskakuję w zastępstwo i robię to tak genialnie, że świat jest zachwycony i wszyscy chcą mi dać rolę.

Zdjęcie

Moich bliskich zarażam optymizmem, ale staram się też zauważać, że niektórzy mają inną konstrukcję psychiczną - twierdzi Magdalena Różczka /Jordan Krzemiński /AKPA
Moich bliskich zarażam optymizmem, ale staram się też zauważać, że niektórzy mają inną konstrukcję psychiczną - twierdzi Magdalena Różczka
/Jordan Krzemiński /AKPA

Sprawiasz wrażenie osoby bardzo spokojnej...

- Mam poczucie, że jest coś ponad nami, ponad te wszystkie małe rzeczy, które się nam przytrafiają każdego dnia. I wierzę, że pewne rzeczy zdarzają się po to, żeby mogło się zdarzyć coś innego albo żebym coś zrozumiała. Mam swoją nerwowość, ale nie jestem wybuchowa. Nauczyłam się dobrze wykorzystywać to, co się dzieje - po prostu zajmuję się tym w stu procentach. Teraz rozmawiamy, mój telefon jest wyłączony, jestem skupiona tylko na tym.

Słyszałam, że potrafisz się relaksować w czasie robienia makijażu...

- Tego też się nauczyłam. Makijaż filmowy zajmuje jakąś godzinę. Wcześniej zastanawiałam się, co by tu w tym czasie zrobić - poczytać, nauczyć się roli na pamięć, pogadać? Ale jeśli chcesz robić w tym czasie coś innego, koleżanka charakteryzatorka za tobą biega, wszystko trwa dłużej, zawsze coś nie wyjdzie, podkład spływa. Nie wiem, od czego to zależy, ale tak jest - jak się malujesz w stresie, podkład nie chce się trzymać. Ale jeżeli pomyślę, że teraz mam najwspanialszy moment, jaki może mieć aktorka, bo przecież zamykam oczy i ktoś mnie maluje - to będę się tym cieszyć. Nie mam czasu iść do SPA, ale mam godzinę na make-up! Relaksuję się i mówię: "Panie Boże, jak mi dobrze!".

Bycia tu i teraz niełatwo się nauczyć.

- Ale może to nie jest dla każdego? Zawsze podkreślam, że to, o czym mówię, działa tylko na mnie. Każdy z nas jest inny i może mieć inne sposoby. Ty biegasz i jesteś wtedy zadowolona, a gdy ja próbowałam biegać, byłam strasznie nieszczęśliwa. Mówili, że złapię bakcyla - biegałam trzy miesiące i nic, tylko męka. To nie dla mnie. Bieganie bez celu - absurd. Różne rzeczy są dla różnych ludzi. Ja swój zen potrafię osiągnąć inaczej - siedzieć, pić herbatę, patrzeć w jeden punkt. Każdy musi sam znaleźć siebie.

To przyszło z wiekiem i doświadczeniem?

- Chyba tak. Każdego dnia pracuję nad sobą i relacjami z innymi. Nad tym, żeby mi było dobrze ze sobą, a moim bliskim żeby było dobrze ze mną. I myślę, że jeżeli każdego dnia jestem tak nastawiona, to się rozwijam.

Gdzie szukasz swojego szczęścia?

- Właśnie tu i teraz. W każdym momencie. Każda chwila jest dla mnie najważniejsza i staram się ją chłonąć. Każdego dnia. Nie żyję przeszłością. Uczę się tego cały czas.

Święta Bożego Narodzenia to ważny czas?

- Ważny, ale nie najważniejszy, bo dla mnie każdy dzień jest ważny. Wydaje mi się, że dużo ludzi zamienia święta w jakąś katorgę. Bo musi kupić prezenty, ugotować 1-2 potraw. Biegają po sklepach dzień przed Wigilią, a przecież to nie jest żadna nowość i niespodzianka, że jutro Wigilia. Wszystko można było zrobić wcześniej, żeby uniknąć nerwów i kolejek.

Na święta jedziesz do rodziny, czy przygotowujesz kolację w domu?

- Zazwyczaj w domu. Ale ja lubię zapraszać ludzi do siebie, nie tylko od święta. Kocham gotować dla gości. Im ich więcej, tym lepiej. Nie zdarza się to często, ale lubię. Czasem, kiedy chcę gdzieś wyjechać w czasie świąt, robię Wigilię w połowie grudnia i wtedy zapraszam gości.

Fajny pomysł.

- Bardzo. W święta staram się tak organizować czas, żeby mieć go dużo na "siedzenie i gadanie". Żeby się niczym nie przejmować. Co roku 24 grudnia oglądam film "Kevin sam w domu".

Kocham go od dziecka. My z koleżankami "To właśnie miłość".

- Super są takie rytuały. Żadnego innego filmu nie oglądałam tyle razy. Kiedyś spędzałam święta gdzieś w ciepłych krajach i żeby mieć świąteczny nastrój zabrałam ze sobą DVD z Kevinem (śmiech). (...)

Jesteś domatorką?

- Tak, prawie nigdzie nie chodzę. Na premierę swojego filmu muszę iść, na jakieś charytatywne imprezy też, bo mi na tym zależy. Dwudziestolecie ośrodka adopcyjnego w Otwocku, UNICEF. Ale niewiele więcej.

Co lubisz robić w domu?

- Wszystko. Lubię tam być. Jestem mamą dwójki dzieci, roboty mam po pachy. Mam swoje małe problemiki, jak każdy, ale jak jestem w domu, to się po prostu cieszę. Patrzę, jak moje dziecko tańczy, niby mnie nie potrzebuje, ale szkoda mi to przegapić. Bo to już nie wróci. Robię zdjęcia i je wywołuję, gromadzę w pudłach. Na razie ich tak bardzo nie przeglądam, ale jak będę staruszką, to pewnie będę to robić. Nie piszę pamiętników, bo myślę, że na każdym etapie znajdę radość i nie będę musiała żyć przeszłością. Staram się tak żyć, żeby mi było dobrze.

Masz dni, kiedy nic ci się nie chce?

- Pewnie. Kiedyś nie mogłam ich znieść, bo miałam wrażenie, że tracę czas, że powinnam tyle zrobić, a nie jestem w stanie. Dzisiaj już wiem, że jak jest taki dzień, to nie ma co kombinować, trzeba się zakopać pod kocem i odpocząć. Oczywiście kiedy muszę iść do pracy, to idę, ale jak mam ugotować obiad, to niekoniecznie. Przykrywam się kocem, robię sobie pyszną herbatę i delektuję się stanem "nicniechcenia". Też go polubiłam, bo to taki moment, kiedy twój organizm woła o odpoczynek, i jak go nie posłuchasz, to się rozchorujesz. Ja tak mam. Jeśli słucham swojego organizmu, wystarczy, ze wzmacniam się naturalnymi sposobami i homeopatią.

Zimą wszyscy narzekają, że nie ma słońca, zimno i że choroby.

- Po co tracić na to czas? Kiedy przychodzi listopad i grudzień, to mi się nawet nie chce za bardzo odsłaniać okien. Mam przygotowane świeczuszki, lampeczki, robię sobie nastrój, piję imbir z goździkami i cynamonem, do tego sok malinowy... Popijam, ogrzewam się pod kocem, zajadam kaszę jaglaną. Jeśli tylko to możliwe, unikam preparatów chemicznych. Z tym że sama przyjmuję i podaję moim dzieciom profilaktycznie witaminę D i C, które wzmacniają naturalną odporność organizmu. Ale przede wszystkim stawiam na leczenie naturalne. A jeśli już dopadnie mnie czy kogoś bliskiego jakaś infekcja, stosuję homeopatię. Czasem trzeba dać sobie spokój. Zasługuję na odpoczynek. I często jeden dzień wystarczy.

Jesteś zadowolona z ilości czasu, który masz dla rodziny?

- Tak.

A teraz nie jest ci szkoda, że nie możesz już tak pracować, właśnie ze względu na dzieci?

- Nie jest. Mam jasną hierarchię ważności. Kiedyś potrafiłam wyjść z domu na 30 dni i właściwie nie wracać, bo kręciłam "Oficera", "Lejdis" i "Rozmowy nocą". Dziś już bym tak nie mogła. Najchętniej pracuję do 16.00 czy 17.00. Oczywiście zdarzają się dni, kiedy pracuję po 12 godzin, ale wcale nie jest ich tak dużo. Jak ostatnio kręciłam serial "Miasto skarbów" w Krakowie,poznałam chyba wszystkie ekipy w pociągu w Warsie. Zdarzyło mi się kilka razy jechać pierwszym pociągiem i wracać ostatnim, albo samochodem, jak już było za późno na pociąg.

- Jeśli następny dzień miałam wolny, od rana chciałam być w domu z dziećmi. Nie ma, że się wyśpię, po co? Szkoda czasu. Jeśli zdarzały mi się zdjęcia trzy dni z rzędu, mówiłam: "Wyjeżdżam teraz na trzy dni, ale za to potem 5 dni będę cały czas". Uważam, że mam dużo czasu dla dzieci, na pewno więcej niż kobiety, które pracują na etacie w biurze. Ale jak wyjeżdżam, to mnie nie ma. Nie dzwonię, nie rozmawiam przez komunikatory. Jest czas z mamą, kiedy jestem intensywnie, a potem jest czas z babcią, z tatą, z siostrą. Tak jest chyba lepiej dla dzieci.

Mama mieszka blisko?

- Tak, na szczęście. Bardzo mi pomaga.

Nie tak dawno był czas, kiedy świadomie na trzy lata wycofałaś się z rynku. Nie było ci trudno? 

- Jestem dziewczyną z różowymi okularami na nosie, potrafię sobie znaleźć inne radości. Uważałam, że to wszystko zdarzyło się dlatego, żebym mogła w stu procentach poczuć się mamą i gospodynią. Codziennie rano odwoziłam córkę do szkoły, drugą do przedszkola i było mi z tym dobrze.

Zazdroszczę ci, tego naprawdę nie da się nauczyć.

- Chyba nie. Przez te trzy lata nie dosięgła mnie żadna depresja, a liczyłam się z tym, że już nie wrócę do zawodu, że nie będę aktorką. Ale wymyśliłam film, który został kupiony przez TVN, wymyśliłam serial, zrobiłam kolekcję z La Millou. Może jestem optymistką, ale twardo stąpam po ziemi, musiałam przecież coś jeść. Jestem zaradna, umiem sobie radzić w rozmaitych sytuacjach.

Rozmawiała Anna Rączkowska

Zdjęcie

Każda chwila jest dla mnie najważniejsza i staram się ją chłonąć - przyznaje Magdalena Różczka /Gałązka /AKPA
Każda chwila jest dla mnie najważniejsza i staram się ją chłonąć - przyznaje Magdalena Różczka
/Gałązka /AKPA


Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Mariusz Bonaszewski: Jestem nałogowcem

    Co dociera do mężczyzny po pięćdziesiątce, gdy choroba przewartościowuje jego życie? Co staje się dla niego najważniejsze? I dlaczego? Mariusz Bonaszewski w szczerej rozmowie o tym, co jest przed,... więcej