Co dociera do mężczyzny po pięćdziesiątce, gdy choroba przewartościowuje jego życie? Co staje się dla niego najważniejsze? I dlaczego? Mariusz Bonaszewski w szczerej rozmowie o tym, co jest przed, a co po przekroczeniu smugi cienia.

Zdjęcie

Mariusz Bonaszewski /MARCIN SZAJNFELD /East News
Mariusz Bonaszewski
/MARCIN SZAJNFELD /East News

Zdrowy pan już jest?

Mariusz Bonaszewski: - Tak, a czemu pani pyta?

Reklama

Bo w internecie krąży historia na temat tajemniczej choroby, którą miał u pana zdiagnozować lekarz, kiedy zobaczył pana w telewizyjnym serialu. A potem dzwonił do telewizji...

- To półprawda. Było tak, że wszedłem do gabinetu pewnego wybitnego moim zdaniem lekarza, a on mówi: "O, jest pan!". "Słucham?" "Wiedziałem, że pan do mnie trafi. Dwa lata temu dzwoniłem do telewizji, żeby powiedzieć, co panu dolega. Ale oni chyba panu tego nie przekazali. Pan przychodzi, umówmy się, od razu na zabieg. Żadnego leczenia farmakologicznego". Miałem poważny problem endokrynologiczny. Taki, który mógłby mi skrócić życie o 10-15 lat.

Co się z panem działo?

- O, to było fascynujące. Zaczęło się tak, że wróciłem z wakacji i ludzie zaczęli mi mówić, że chyba pakuję na siłowni, bo urosłem. Rzeczywiście sporo na wakacjach pływałem, ale na siłowni nie ćwiczyłem. Mimo tego nagle nabrałem masy i siły. Grałem wtedy trudny spektakl, w czasie którego co wieczór traciłem dwa kilogramy. Przychodziłem do domu, nie chciało mi się spać. Budziłem się o 6 rano i szedłem biegać. Potem szedłem na próbę albo na zdjęcia, następnie miałem ciężki spektakl i... w kółko to samo, a nie bywałem zmęczony.

Cały czas był pan naładowany?

- Czułem się znakomicie. Wiedziałem, że jestem na jakimś dopingu, ale nie wiedziałem na jakim. W końcu coś mnie tknęło i zacząłem sprawdzać puls - zawsze miałem 50, a nagle zobaczyłem 95. Miałem taki rano, w ciągu dnia, po spektaklu. A po takim skoku do góry zawsze jest spadek. No i się zaczęło. Płakałem w studiach nagraniowych, bo mi się język z głoskami nie wyrabiał, chodziłem do specjalistów i mówiłem im, że mam większy język, spuchł mi, nie mieści mi się w ustach. Twierdzili, że przesadzam. Matka zauważyła, że zmieniły mi się ręce - zawsze miałem bardzo delikatne dłonie, a ona któregoś dnia mówi, że bardzo mi urosły. Dochodziły mnie głosy, że się nie montuję w filmach.

Co to znaczy?

- Gdy na wiosnę zacząłem zdjęcia, a następne były jesienią, to reżyser do mnie podszedł i mówi: "Mariusz, uspokój się, rzuć alkohol, bo inaczej wyglądasz". W końcu sam zacząłem zauważać, że coś się ze mną dzieje. Pomyślałem, że mam cukrzycę. Poszedłem do lekarza, mówię, co mi jest, a lekarka, świetny fachowiec, patrzy i mówi: "Pan nie ma cukrzycy. To znaczy ma ją pan, ale to jest skutek uboczny". I dalej na mnie patrzy. Strasznie się wkurzyłem, bo robiła pauzy, a ja myślałem, że chce mi powiedzieć, że mam raka mózgu. Poszła po kolegę endokrynologa, ten kazał mi pokazać ręce i mówi: "Pan rośnie". "Słucham?" "Zaczął pan rosnąć?". Nie rozumiałem, o co im chodzi. "Hormon wzrostu się panu uaktywnił. Ale mały zabieg i będzie po sprawie".

Co to było?

- Gruczolak przysadki. Mój spowodował produkcję hormonu wzrostu. Ale zaburzenia hormonalne tego typu powodują też poważne zmiany psychiczne, o których nawet się nie wie.

Usunęli to panu i co wtedy?

- To się cofa w niesamowity sposób - w krótkim czasie wydaliłem z siebie 13 kg wody. Hormon wzrostu zatrzymuje wodę w organizmie. Gdybym nie zrobił tego zabiegu, umarłbym na serce, bo serce w takiej chorobie też rośnie i dochodzi do zawału. Ale po zabiegu wycofanie się jest tak gwałtowne, że człowiek się budzi następnego dnia i czuje, jakby miał 17 lat.

W sumie wspaniałe.

- Puls znów spadł mi do 50, cukrzyca wycofała się w ciągu miesiąca, głos się zmienił, język obkurczył. Ciekawe, że lekarka tybetańska dużo wcześniej powiedziała, co mi może być. "Albo ma pan boreliozę, albo jakiś problem endokrynologiczny". To bardzo rzadkie. Kiedyś się na to umierało, bo diagnozowanie było skomplikowane.

Historia jak z horroru. Ale potem musiał sobie pan jakoś poradzić ze spadkiem energetycznym?

- Niespecjalnie, moja normalna energia życiowa jest na poziomie dość wysokim. Nie wierzę, że można się całkowicie przemienić z powodu choroby, szpitala, ale... Ale zmienił się pan? Żona mi powiedziała, że oni mi jednak "uszkodzili" przysadkę w trakcie operacji, bo jestem inny.

Na czym to polega?

- Na tym, że potrafię słuchać. Może to zwykła męska andropauza. Moje zaangażowanie zawodowe sprawiło, że nie zauważałem, jakie są potrzeby kogoś, kogo kocham. Bo jakie są moje potrzeby, to ja wiem. Poza tym strasznie przyjemne jest to, kiedy po latach bycia ze sobą człowiek zaczyna się z kimś zbliżać w jeszcze inny sposób. Do dzieci zresztą też. One do mnie przychodzą i mówią, ale nie zawsze wszystko od razu. Czasem trzeba posiedzieć i posłuchać 20-minutowego monologu, zanim któreś z nich powie, o co mu naprawdę chodzi.

Niech pan mi opowie o smudze cienia.

- Zdałem sobie sprawę, że nie wiem, kim jestem. Zdarzenie chorobowe zmieniło masę rzeczy. Zawsze miałem poczucie, że się trochę nie mieszczę w sobie i musiałem się wyrażać bardzo intensywnie. Jak niezgoda - to totalna, jak miłość - to tak samo, wszystkie towarzyszące mi uczucia były jakieś takie za duże. Jak to powiedział kiedyś Holoubek do Gajosa, gdy ten zapytał go, czy dobrze gra: "Panie kolego, niech się pan tak nie stara". W każdym razie doszedłem do wniosku, że nic o sobie nie wiem. Przyszła do mnie kiedyś dziennikarka na rozmowę, czyta mi jakieś cytaty z wywiadów, a ja sobie myślę: "Co to jest? Przecież to nie o mnie!".

Ale co z tą smugą cienia?

- Na czym polega mężczyzna przed smugą cienia i po? Ten "przed" będzie panią zawsze reżyserował, będzie wiedział lepiej, będzie nieustannie coś nie w sobie, tylko w pani poprawiał. A potem zmienia się endokrynologia i jest odwrotnie - ona taka, jaka jest, jest najbardziej fascynująca, a przecież taka była zawsze! Po co ja chcę ją zmieniać? Przecież ja przez nią nie jestem zmieniany, ona nie ma takich potrzeb, zawsze mnie takiego akceptowała.

- Łącznie z moimi wadami. A ja ją reżyserowałem. Moja żona podjęła ostatnio rozmaite ważne decyzje zawodowe - kiedyś bym ją do czegoś namawiał, mówiłbym jej, co robi źle albo dobrze. A dzisiaj czuję, że jestem od tego, żeby stać koło niej i słuchać. Ja nie jestem od tego, żeby to komentować, oceniać, żeby wkładać siebie w tę historię, tylko od tego, żeby ją kochać. A kiedyś mi się wydawało, że wiem lepiej od innych, na czym polega ich życie.

Pan jest zazdrosny o żonę?

- Każdy człowiek jest zazdrosny, chce mieć drugiego na własność, ale chyba trzeba znaleźć tę cząstkę w sobie, która rozumie wolność innego człowieka. Ten drugi ktoś może nie chcieć dzielić się z nami wszystkim do końca.

A był pan zaborczy?

- Pewnie dalej jestem. Ale takie rzeczy nie biorą się znikąd. Człowiek jest zazdrosny albo jest nałogowcem nie dlatego, że się taki rodzi. Najczęściej jest to próba rekompensaty.

Co pan sobie musi rekompensować?

- Może tata nie brał mnie na kolana i nie głaskał? A skoro on tego nie robił, to musiałem to sobie jakoś zrekompensować.

Publiczność pana teraz głaska?

- Oczywiście, jest moim paliwem. Bycie uzależnionym od widowni albo od tego, że trzeba się cały czas posiłkować opinią innych o sobie - makabra. Doświadczyłem tego. Miałem kiedyś poczucie, że nie ma mnie, jak o mnie nie piszą. A za tym się kryje tylko to, że ktoś mnie kiedyś nie pogłaskał. Więc teraz muszę się sam pogłaskać. Człowiek ma mnóstwo blizn, które się czasem otwierają i mają wpływ na całość naszego reagowania w różnych sytuacjach.

Chyba chodzi o to, żeby rozmaite rzeczy wypowiedzieć i samemu je nazwać.

- Ale nawet jak je sobie pani nazwie, to i tak niczego to nie zmienia. Bardziej wierzę w taki trening, że trzeba zdjąć z rany plaster, posypać solą, zakleić, zdjąć, posypać, zakleić, aż w końcu któregoś dnia powie pani sobie, że już nic nie czuje.

Czyli ten trening polega na tym, że dotykamy tego, co jest bolesne tak dużo razy, aż przestaje boleć?

- Tak. Kiedyś się jąkałem, a dzisiaj jestem aktorem, który ma za sobą 600 ról w radiu i Złoty Mikrofon. Wszyscy się ze mnie śmiali: "Jak jąkała może zdawać do szkoły teatralnej?". Żaden logopeda nie mógł mi pomóc, ale ktoś kiedyś mi powiedział, że mogę pomóc sobie sam. Nie wiedziałem, o co chodzi. Ale zacząłem chodzić po sklepach i robić eksperymenty. Sprawdzać. Patrząc w oczy ekspedientce, prosiłem o rzeczy na literkę "p", na której najbardziej się zacinałem. Jak najwięcej. Wstydziłem się, bolało mnie, nie mogłem złapać oddechu. Ale i tak robiłem to nieustannie.

I tak się pan wyleczył?

- Najpierw pozbyłem się wstydu. Potem zacząłem brać oddech znacznie bardziej naturalnie. Aktorzy tak właśnie radzą sobie z tremą - przed przedstawieniem trzeba dość mocno rozćwiczyć układ krwionośny. W tym czasie układ nerwowy też jest zasilany. Zauważyłem, że kiedy byłem po biegu, moja sytuacja z jąkaniem się zmieniała.

Chyba dużo pan pracuje. Prawie straciłam nadzieję, że uda się nam umówić...

- Jestem w straszliwym ciągu, nie mam czasu na nic. Spotykamy się tylko dlatego, że odwołano mi próbę, bo ludzie są chorzy. Nie mam czasu nawet na zjedzenie obiadu.

Jak ogarnąć życie w takim momencie?

- Oczywiście super, że jest praca, ale w ubiegłym roku obiecałem sobie, że trochę przystopuję, bo nie mam już siły tak pracować. Mam kilkanaście miejsc pracy! Są takie dni, kiedy muszę być np. w ośmiu z nich. To koszmar, szczególnie jak się do tego doliczy czas przejazdów. Było fascynująco do momentu, kiedy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę mnie nie ma. Jestem wszędzie, nie ma mnie nigdzie.

Co pan ma na myśli?

- Lubię taką aktywność, ale ona stała się chora. To jakiś rodzaj nałogu. Nagrywam książkę, robię teatr telewizji, kończę film, mam próby i spektakle w dwóch teatrach, zaczynam reżyserować, więc zajmuję się też swoimi tekstami, a jeszcze przecież są dzieci, które wymagają ode mnie obecności.

Ile mają lat?

- Córka 15, syn 9.

15-latka tak bardzo pana potrzebuje?

- Wydaje mi się, że kiedy dziewczynka zamienia się w kobietę, ojciec staje się dla niej bardzo ważny. Ona musi sprawdzać na mnie różne rzeczy. Dowiadywać się, pytać, obserwować mnie - do tego wszystkiego jestem niezbędny. A mnie nie ma. Ale wcześniej tego nie zauważyłem.

A kto zauważył?

- Żona mi zwróciła uwagę. Wracamy z wakacji i ja już wiem, że zaraz zacznie się młyn. Robię operę we Wrocławiu, ale jednocześnie Teatr TV w Warszawie, więc co robię? Jeżdżę. Tych podróży w tę i z powrotem miałem w ciągu dwóch tygodni dwanaście. Warszawa-Wrocław, Wrocław-Warszawa. Kilka tysięcy kilometrów zrobionych nocami, żeby tu być rano, a tam wieczorem. Ale to było fascynujące - praca z orkiestrą, soliści operowi, solistki, które dzisiaj wyglądają jak modelki. I ta ich dyscyplina - przedłużenie próby nawet o minutę jest niemożliwe, zaśpiewanie drugi raz jest wykluczone, po próbie nie pójdą do żadnej knajpy, bo głos musi wypocząć...

To nie rzeczywistość nakłada na pana jarzmo pracy, to pan tę pracę przyjmuje. Pewnie jeszcze sam ją sobie wymyśla.

- Dlatego mówię, że to nałóg. Niby wchodzę w smugę cienia, ale mam wrażenie, że im więcej mam lat, tym pracy dla mnie więcej. Gdy byłem amancikiem-efebem, nie miałem tylu propozycji. Pewnie mniej umiałem, ale na pewno byłem ładniejszy.

Chce pan coś z tym zrobić?

- Czasem organizm za mnie odmawia. Chciałem na festiwalu teatralnym Malta zrobić monologi Szekspira, ale jak mi poszła krew z nosa na próbie, to już wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

Ze zmęczenia panu poszła?

- Byłem po zabiegu, usuwaniu tego gruczolaka właśnie. Lekarze mi powiedzieli: "Niech się pan uspokoi. Co pan robi, pan jest nienormalny?" A ja na to: "Przecież jestem już zagojony!". "Jaki zagojony, panu się tylko tak wydaje. A może pan tam jeszcze krzyczał?". "To był Szekspir, więc krzyczałem", odpowiadam. Ale jeszcze to zrobię, bo to był bardzo ciekawy projekt na klarnet, wiolonczelę i monologi szekspirowskie.

Żona się na pana wkurza za ten pracoholizm?

- Łączą nas skomplikowane więzy i to wszystko nie jest takie proste. W ciągu kilku ostatnich miesięcy zacząłem gwałtownie dojrzewać. Pani patrzy na mnie zdziwiona, a to wcale nie tak późno w przypadku mężczyzn. Zrozumiałem, że jestem na świecie również po to, żeby kochać żonę, a nie tylko pracować. W pewnym momencie sam zdałem sobie sprawę, że ona jest po prostu porzucona! Bo mnie nie ma. Tego nie trzeba usłyszeć, to się po prostu widzi.

Jeśli się chce zobaczyć.

- Na tym polega dojrzewanie. Muszę jednak skończyć rzeczy, których się podjąłem wcześniej. Nie mogę się teraz wycofać.

Czyli kończy pan te projekty i co?

- Jadę z żoną w góry jeździć na sankach.

Bałam się, że jedziecie do Indii odnaleźć siebie...

- Metafizykę potrafię odczuwać i tutaj, za rogiem. Jedziemy na sanki do Černej Hory, gdzie jest naturalny tor saneczkowy, po którym można jechać nawet 40 minut. Genialny! Dosyć tego, nie żyję tylko dla siebie, a zachowuję się jak egoistyczny narcyz. Oczywiście zawsze taki byłem, ale przychodzi moment, kiedy świat musi przestać cierpieć z mojego powodu. Aktorstwo oczywiście wciąż fascynuje, to zawód, do którego się urodziłem. Przebywanie w światach nieistniejących jest bardzo przyjemne. Trochę dziecinne, ale przyjemne.

I jak chce pan to porzucić?

- Porzucić nie, po prostu zajmować się jedną rzeczą naraz.

Przeczytałam, że pan się lubi trudzić i trud ma dla pana wartość. Wszystko, co pan mówi, do tego pasuje.

- Wie pani co? Powiedział mi to kiedyś w knajpie w Petersburgu jeden gość. A ja to potem powtórzyłem w kilku wywiadach. Bo ja jestem taki człowiek - cytat.

Anna Rączkowska

GRAZIA 10/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Sztuka umiaru

    Guru wszystkich przedsiębiorców Mark Zuckerberg paraduje stale w szarym T-shircie i dżinsach, Beyoncé przekonuje, że nie kupuje biżuterii, a Hanna Lis chwali espadryle za 60 zł. Oszczędne życie... więcej