Idealista z nutą goryczy. Buntownik, który opanował sztukę przetrwania w show-biznesie. Mężczyzna, dla którego najważniejszym portem jest i była rodzina. Wywiadów udziela raz na parę lat. Pytam, czy były to słodkie czy gorzkie lata?

Zdjęcie

Nauczyłem się, na które mosty wchodzić, a które palić - mówi Paweł Małaszyński /Krzysztof Kaniewski /Reporter
Nauczyłem się, na które mosty wchodzić, a które palić - mówi Paweł Małaszyński
/Krzysztof Kaniewski /Reporter

Gdzie byłeś, kiedy cię nie było?

Paweł Małaszyński: - Włóczyłem się.

Reklama

I było fajnie?

- Jak to w życiu. To niesamowite, że o nas, aktorach, istnieje przekonanie, że kiedy nagle przestajesz pojawiać się na srebrnym ekranie czy też na małym ekranie przez dłuższy czas, to cię nie ma, umierasz. Zabawne. Umarłem już parę razy i pewnie znów za chwilę przyjdzie mi umrzeć.

A Ty wtedy żyjesz domowym życiem, grasz w teatrze, jeździsz po Polsce z koncertami.

- Dom to port. Poza tym często cumuję w różnych przystaniach. Podróżuję z moim teatrem "Kwadrat" po całej Polsce i po świecie. Podobnie jest z zespołem Cochise. Staram się realizować i spełniać w innych przestrzeniach. W tym zawodzie albo niesie cię fala i wszystkie propozycje, które spływają, spełniają twoje oczekiwania, albo nie ma takich propozycji i wtedy robisz sobie przerwę. Tak jest najczęściej właśnie w moim przypadku. Czekanie na ciekawe propozycje to część tego zawodu.

A wtedy, gdy widzisz w mieście plakaty nowych seriali i filmów, pojawia się żal?

- Nie, dlaczego? Podejmuję świadome, przemyślane decyzje i to ja ponoszę za nie konsekwencje. Już dawno temu stałem się autorem zmian, których od życia w tym zawodzie oczekiwałem i oczekuję.

A kiedy widzisz plakaty z amerykańskimi filmami, to rozbudza twoje marzenia?

- Nigdy nie miałem sprecyzowanych marzeń zawodowych. Tu się liczy scenariusz, postać, historia.

Ale oglądasz kultowe amerykańskie seriale, np. "Breaking Bad". Myślisz sobie wtedy, że chętnie byś zagrał takie role?

- Wtedy marzę o takich scenariuszach i ludziach, którzy mieliby możliwości je zrealizować w naszym kraju. Choć i tak trzeba przyznać, że jest coraz lepiej. Powstały takie seriale, jak "Wataha", "Pakt" czy "Belfer", które podnoszą poprzeczkę. Oczywiście mówimy tu o telewizjach premium, które mają większe możliwości niż telewizje komercyjne. Kiedy dostałem propozycję zagrania w "Belle Epoque", po przeczytaniu scenariusza wiedziałem, że chcę być częścią tego projektu. To coś innego, ciekawego, intrygującego, a z drugiej strony trudnego do zrealizowania w takiej stacji. Pomyślałem: "Dlaczego nie? Jak spadać, to z wysokiego konia". Podjąłem wyzwanie.

Żeby potem nie żałować...

- Nigdy nie żałuję podjętych przez siebie decyzji. Nie mam nadwiedzy i nie wiem, jaki będzie finał mojej pracy i podjętego ryzyka. Żałuję natomiast sytuacji, kiedy nie mam szansy wziąć udziału w castingu, który mnie interesował.

Czasem tak to się odbywa. Reżyser, scenarzysta czy producent od początku wie, kogo chce obsadzić.

- Oczywiście. Tak było też w przypadku "Belle Epoque". Nie miałem castingu, tylko bezpośrednią propozycję. Dostałem 24 godziny, aby się zdecydować.

I zanim podejmiesz taką decyzję, siadacie z żoną i czytacie to razem?

- Decyzję podejmuję szybko i sam. Było kiedyś parę osób, z których zdaniem się naprawdę liczyłem, ale to się skończyło. Dziś ufam tylko sobie, żonie i mojej agentce.

Czego oczekujesz od swojego zawodu? Od sztuk teatralnych, ról w filmach i serialach?

- Wyzwań. Żeby nie popadać w schematy, a to jest bardzo trudne. Nie mam wielu propozycji, które dawałyby możliwość, aby bardziej rozwinąć skrzydła. Więc staram się spośród tych, które otrzymuję, wybierać te moim zdaniem najlepsze. Robię to, co kocham, najlepiej jak potrafię, by w przyszłości być dumny ze swoich osiągnięć. Napinanie się na sukces przynosi zazwyczaj odwrotny skutek.

Podchodzisz do zawodu bardzo serio. Nie chałturzysz, oczekujesz wyzwań, chcesz się napracować. Niełatwa to droga...

- Przepraszam. Inaczej nie potrafię.

Zdjęcie

Poznali się w przedszkolu. Od 22 lat są małżeństwem /Artur Zawadzki /Reporter
Poznali się w przedszkolu. Od 22 lat są małżeństwem
/Artur Zawadzki /Reporter

Jesteś idealistą, "La la land" jest o tobie!

- Nie wiem. Nie widziałem jeszcze (śmiech). Wciąż jeszcze chcę wierzyć. Wciąż jeszcze łudzę się, że można zaufać drugiej osobie, wspólnie dążyć do celu i spełniać marzenia. Prawdą jest, że czasami mam siebie dość - zbyt mocno i intensywnie wszystko analizuję i to mnie rozprasza. Idealizm to przekleństwo.

Straciłeś przyjaciół?

- Starałem się utrzymać równowagę między braniem i dawaniem, ale patrząc z perspektywy czasu, chyba słabo mi to wychodziło (śmiech). Wszystkie historie kończyły się podobnie lub tak samo - rozczarowaniem. Dziś wiem, że zbyt łatwo się przywiązywałem, a to był tylko biznes.

A wybaczać potrafisz?

- W dzisiejszym świecie ludzie przestali dostrzegać innych. Każdy dba tylko o siebie. Tego nauczyli mnie wielcy tego małego światka. Moje serce szaleje, ale ręka nawet mi nie drgnie. Nauczyłem się, na które mosty należy wchodzić, a które palić.

Pamiętam, kiedy poznałam cię 15 lat temu. Byłeś wrażliwym idealistą u progu kariery. Pełnym dobrych myśli na temat tego, co cię czeka dalej.

- Byłem naiwny, niedoświadczony, pełen wiary i nadziei, gotowy na każde poświęcenie. Wierzyłem w ideały, a niektórzy to wykorzystywali. Teraz ci, którzy mnie zawiedli i sprzedali, są moją największą inspiracją. Z drugiej jednak strony cieszę się, że przez tych parę lat w zawodzie mogłem spotkać ludzi, których podziwiałem jako młody chłopak. Te spotkania zawsze były dla mnie najważniejsze i nikt mi tego nie odbierze. Zawsze poszukiwałem i nadal poszukuję w ludziach i we wszystkim, co robię, pasji i pierwiastka duchowości. To mnie wycisza.

Ale wszedłeś do cynicznego świata show-biznesu. W nim duchowość nie zawsze jest w cenie.

- Nie przykładałem do tego wagi. W tym świecie wystarczy być szczerym, a i tak nikt ci nie uwierzy.

Wiesz, że wśród swoich rówieśników jesteś jednym z tych niewielu, którzy wciąż mają tę samą rodzinę? I nie wpadłeś w nałogi. Pomógł twój idealizm czy wychowanie z domu?

- Od zawsze wiedziałem, że nie wyobrażam sobie życia bez bezpiecznego portu. To priorytet. W zetknięciu z trudnymi okolicznościami zawsze przedkładam dobro osób, które kocham, nad własne. Rodzina daje mi ogromną siłę i równowagę. To najlepsze, co mi się mogło w tym moim przedziwnym życiu przydarzyć. Życie samo w sobie jest piękne, a najpiękniejsze w nim są proste, prawdziwe, zwyczajne chwile spędzone z bliskimi.

Idealny idealista.

- Przestań z tym idealistą. To już ustaliliśmy. Jestem też zdrowo popieprzony i pełen sprzeczności. Miotają mną różne skrajne emocje.

Co ty, dorastający na podwórku z kumplami, wychowany w wojskowej rodzinie, grający ostrego rocka chłopak myślałeś, kiedy okrzyknięto cię "ładnym chłopcem"? Musiałeś czuć się dziwnie.

- Nie. Najtrudniej było w momencie, kiedy zdałem sobie sprawę, że stałem się więźniem wizerunku wykreowanego przez moje role oraz media. Myślę, że tak naprawdę w świadomości ludzi niewiele się w tej kwestii zmieniło. Tyle że ja nie mam już 25 lat, tylko 41! Nie jestem i nie będę już tym chłopakiem sprzed 15 lat. Powiem więcej: będzie gorzej (śmiech). Nigdy nie starałem się dbać o tak zwany wizerunek.

Zero kremów? Zero pilingów?

- Niestety, nie wpisuję się w model metroseksualnego mężczyzny. Nie ulegam dzisiejszej presji wyglądu. Nie śledzę trendów. Nie mam modnych ubrań. W szafie wisi jeden garnitur na wypadek, gdyby przyszło mi gdzieś pokazać się publicznie. Co innego, gdy jest to przygotowanie do filmu lub serialu. Wtedy zaciskam zęby, zaczynam tyć albo rozpoczynam treningi, przechodzę na dietę i chudnę. To zadanie mam wpisane w plan przygotowania do roli.

W kostiumie gra się łatwiej?

- Kostium wymusza na tobie pewien sposób bycia, który bardzo łatwo może zostać przerysowany. Od kostiumu trzeba mentalnie uciekać, by nas nie zdominował. Wyzwaniem dla aktora jest pokazanie człowieka, który kryje się pod tym stylowym ubraniem.

Co po tylu latach w branży oceniasz jako najbardziej wartościowe?

- Każde spotkanie z drugim człowiekiem, publicznością. Każdy wieczór w teatrze, kiedy otwiera się kurtyna i nie wiesz, co się za chwilę wydarzy. Jakie dziś emocje ukrywają się między rzędami. To cudowne momenty. Prawdziwe i szczere.

Czujesz wtedy dumę?

- Radość. Ukojenie.

Musiałeś się również nauczyć odporności na krytykę.

- Oczywiście. Pewnie jak każdy. W dzisiejszym wirtualnym świecie wszyscy jesteśmy wystawieni na ostrzał i ocenę, bez względu na to, jaki zawód wykonujemy. Każdy ma prawo ocenić owoce mojej pracy, czy jest to sztuka w teatrze, film, serial czy płyta Cochise. I jest to zupełnie naturalne, trzeba się do tego przyzwyczaić. Kochają cię i nienawidzą. Należę do pokolenia, które pamięta, jak powstawał internet. Ale od wielu lat nie czytam tego, co jest pod artykułami na mój temat lub na temat seriali i filmów, w których gram. Doświadczyłem w tym zawodzie wszystkich skrajnych emocji, jakie tylko możesz sobie wyobrazić. Pewnego dnia przestałem zajmować się pochwałami, nagrodami, sukcesami, upadkami, krytyką, dziennikarzami, mediami i hejterami, bo w moim życiu nic to nie zmieniło i już nie zmieni. Nie muszę czytać o sobie i się z tego tłumaczyć. Wiem, kim jestem...

Zdjęcie

"Magda M", 2008 rok - Paweł Małaszyński jako "ładny chłopiec" /Piotr Fotek /Reporter
"Magda M", 2008 rok - Paweł Małaszyński jako "ładny chłopiec"
/Piotr Fotek /Reporter

...oprócz tego, że aktorem, to mężem i ojcem. Zgadzasz się, że kobiety chcą od mężczyzn, by byli i wojownikami, i superojcami?

- Jeżeli rzeczywiście tak jest, nie widzę w tym nic złego. Bycie wojownikiem, sercem i głową plemienia to mój chleb powszedni. To wyzwanie i odpowiedzialność. Przez wiele lat uczyłem się tego z przyjemnością i uważam, że to bardzo męskie doświadczenie.

Przekażesz to synowi?

- Na razie staram się ochronić jego dzieciństwo. Nie jest łatwo, to już inne pokolenie. Odbieram lekcję ojcostwa w trudnych czasach, w których trzeba mądrze podejmować decyzje, być cierpliwym i wyrozumiałym przewodnikiem. Panuje totalny, czasem wręcz okrutny
ekshibicjonizm w środkach masowego przekazu i mediach społecznościowych. Dziś możesz wszystko i wszystkim możesz być. Ciśnienie, aby udowodnić, że jesteś "cool" i "trendy" na tle kolorowego świata, jest ogromne. Świat piękny i dobry, a zarazem skrywający swoje najgorsze oblicze, jest w zasięgu jednego kliknięcia. Ciężko skupić się na jednej rzeczy, znaleźć cel i wewnętrzne szczęście.

Czyli jak żyć w czasach przesytu?

- Cały czas szukam odpowiedzi. Kim my do cholery dziś jesteśmy? Dziś bardzo ciężko jest zachować tożsamość, oryginalność, unikatowość. Nasze pokolenie miało mniej możliwości, a pewnie tyle samo marzeń i być może dlatego potrafiliśmy bardziej doceniać to, co mieliśmy. Każdy nasz, choćby najmniejszy, sukces był osiągnięciem na miarę wejścia na Mount Everest. A może jestem w błędzie, może jednak wszystko jest OK i niepotrzebnie znów wszystko analizuję? Może zwyczajnie powinienem wybrać życie? Wklejasz dziś zdjęcia do albumów? Czy leżą gdzieś na dysku, nieobejrzane od lat? Moim życiem, a dzisiejszym Facebookiem, był trzepak, piwnica i podwórko. Proste rzeczy.

Świat się bardzo zmienił...

- Mam czasem takie wrażenie, że cały czas siedzę na trzepaku przed blokiem jako ten młody, niepokorny idealista z głową pełną marzeń i patrzę, jak rzeczywistość okrutnie się zmienia, a ja za nią nie nadążam, bo... chyba nie chcę. Widzę dziś młodych ludzi, którzy boją się wszystkiego: miłości, odpowiedzialności, tego, co przyniesie kolejny dzień.

Ty od dawna nie idziesz przez życie sam. Żonę poznałeś w przedszkolu.

- Tak, 36 lat temu. Razem jesteśmy od 22 lat.

Gratuluję stażu. Dziś już prawie połowa par się rozstaje.

- Może mieliśmy łatwiej, bo wychowaliśmy się razem, na tym samym osiedlu, podwórku, w tym samym rockowo-metalowym środowisku. Tak samo patrzyliśmy na świat, mieliśmy podobne marzenia. Porozumienie na poziomie duchowym i wspólne spojrzenie na kwestie życia. Nie pisaliśmy scenariuszy. Zakochaliśmy się i wspólnie walczymy z przeciwnościami losu. Wspólnie przeszliśmy wszystkie wzloty i upadki. Chronimy naszą rodzinę i dom. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Naprawdę. Po prostu żyjemy, a życie innych mnie nie interesuje. Nie wchodzę z butami w cudze życie i nie mnie oceniać ich decyzje.

Miałeś szczęście, że od początku otaczali cię normalni ludzie i zwyczajne życie.

- Jestem ze Słonecznego Stoku (osiedle w Białymstoku, przyp. red.). To zobowiązuje. Odkąd pamiętam, zawsze średnio pasowałem do środowiska, w którym się znalazłem. Patrząc dziś, z perspektywy 15 lat, uważam, że miałem niesłychane szczęście, że z tym charakterem i podejściem do życia udało mi się coś w tej branży osiągnąć. Jeżeli w ogóle można to nazwać jakimś osiągnięciem. Dziś już wiem jedno: wolę być dobrym człowiekiem niż dobrym aktorem.

Masz jeszcze jakieś marzenia zawodowe?

- Mam ich coraz więcej...

Nie martw się, im będziesz starszy i brzydszy, tym będzie łatwiej!

- Mam taką nadzieję i tego się trzymam. Będzie co ma być. Jeszcze w zielone gramy. Jeszcze nie umieramy... Pożyjemy, zobaczymy.

Agnieszka Prokopowicz

GRAZIA 4/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Anita Włodarczyk: Miłość? Pomyślę o tym później

    ​Życie poświęciła treningom. Większość roku spędza na zgrupowaniach. Nie ma czasu na partnera i miłość. Anita Włodarczyk, najlepsza na świecie w rzucie młotem. Co dostaje w zamian oprócz złotych... więcej