Czy rodzicom można wybaczyć surowość, byłemu mężowi brak miłości, a sobie samemu złe decyzje? O najważniejszym życiowym wyzwaniu rozmawiamy z Agatą Młynarską, Wojciechem Błachem i Małgorzatą Rożniatowską.

Zdjęcie

Nauczyłam się prosić o wybaczenie - mówi Agata Młynarska /Tomasz Urbanek /East News
Nauczyłam się prosić o wybaczenie - mówi Agata Młynarska
/Tomasz Urbanek /East News

Agata Młynarska: Zasada grubej kreski

Słowa "przepraszam" i "proszę cię o wybaczenie" - trudno je wypowiedzieć, kiedy ktoś nas zranił, a także cierpiał przez nas. Ale to konieczne, by osiągnąć wewnętrzny spokój.

Zostałam wychowana w tradycji chrześcijańskiej, więc w domu o wybaczaniu jako powinności wpisanej w postępowanie każdego człowieka mówiło się dużo. Nie tylko na religii, w szkole sióstr nazaretanek, do której chodziłam, ale przede wszystkim w domu. Oczywiście teoria nie zawsze szła w parze z praktyką. Zwłaszcza kiedy byłam mała, nie rozumiałam, jak fundamentalna jest umiejętność wybaczania.

Reklama

Rodzice i dziadkowie zawsze podkreślali, że nie można chować urazy bez końca, że trzeba umieć zapominać, odpuszczać, wybaczać. Dotyczyło to codziennych, małych spraw, np. w różnych sytuacjach konfliktowych z rodzeństwem czy koleżankami uczono mnie, że trzeba umieć wybaczyć, nie gniewać się na siebie. Pamiętam, jak tata powtarzał: odpuść.

To było pomocne, bo przecież chowanie urazy jest z jednej strony małostkowością, a z drugiej zawsze obraca się przeciw nam. Ma siłę niszczącą. Teraz bardzo tego pilnuję, żeby nie pielęgnować w sobie złości, nawet jeśli jest słuszna. Wolę wyjaśnić wszystko od razu, powiedzieć, co czuję, i wybaczyć.

Sama też nauczyłam się prosić o wybaczenie. Dając sobie prawo do błędu i prosząc o wybaczenie, zachowujemy się dojrzale i z szacunkiem do samych siebie. Kiedyś tego nie potrafiłam i bardzo z tego powodu cierpiałam. Po latach pracy na terapii zrozumiałam, że bez wybaczania sobie nie będę miała wielkich szans na poprawę jakości swojego życia. Był to długi i trudny proces polegający na zaakceptowaniu siebie ze wszystkimi dobrymi i złymi stronami. Potem przyszedł czas na wybaczanie innym.

Bardzo dobrze pamiętam moją rozmowę z byłym mężem, ojcem moich dzieci, w której świadomie oboje wybaczyliśmy sobie wszystko, co było złe między nami. Spotkaliśmy się podczas Świąt Wielkanocnych w kościele. To była Wielka Sobota, synowie przyszli ze święconką, a ja i mój były mąż usiedliśmy w jednej z ławek i zaczęliśmy rozmawiać. Padły słowa "przepraszam" i "proszę Cię o wybaczenie". Do wypowiedzenia ich na głos trzeba było dojrzeć, ale wiedziałam, że musimy to zrobić, abyśmy mogli iść dalej - ja, on i my razem z dziećmi.

To było szalenie oczyszczające, ze wszech miar potrzebne i dobre dla nas wszystkich. To był pierwszy ważny rozdział związany z wybaczaniem. Drugi był związany z moimi rodzicami. Kiedy przepracowywałam na terapii, na której byłam siedem lat, kwestie różnych frustracji, niepowodzeń, niezadowolenia, złych wyborów, próby odpowiedzi na pytania: dlaczego tak mi się życie ułożyło, dlaczego nie mogę odnieść sukcesu, albo dlaczego tata nie mówił, że mnie kocha...

Wracając do korzeni i dzieciństwa, trzeba było napisać list do rodziców. To ważny element terapii, pomimo że tego listu nigdy się rodzicom nie daje. Trzeba było w nim napisać, co się czuło i czuje teraz, ale też to, że dziękuje się im za wszystko, za to, kim się jest, oraz że się im wybacza. To jest zawsze bardzo trudne, ale oczyszczające. Łatwiej czasami coś napisać, niż powiedzieć. Dlatego głębokie, fundamentalne wybaczenie często może nastąpić tylko pod okiem osoby, która w tym pomoże, przeprowadzi przez te najtrudniejsze momenty, bo droga do wybaczenia nie jest prosta.

A warto sobie uświadomić, że jeśli nie wybaczysz rodzicom, nigdy nie staniesz się dorosłym człowiekiem. Zawsze będzie w tobie odzywać się dziecko, ze wszystkimi niedojrzałymi emocjami i zachowaniami. W moim wybaczeniu najważniejsze było zaakceptowanie rzeczywistości i osiągnięcie wewnętrznego spokoju. Rzecz jasna, nie stało się to od razu, ale praca, którą wykonujemy nad sobą, pozwala świadomie decydować o relacjach, jakie chcesz mieć z bliskimi. Moja więź z tatą była ogromna, a kontakt z nim w dorosłym już życiu był pełen miłości i wzajemnego zrozumienia. Pojęcie wybaczania jako sposobu na odnalezienie się w nowej rzeczywistości zaczęło także pojawiać się w moim domu po 1989 roku.

Stało się pretekstem do wielu rozmów o charakterze etycznym i moralnym. Gorące dyskusje na temat tego, co jest wybaczalne, a co nie, sprowadzały się bardzo często do pytania, jak traktować ludzi, którzy zachowywali się niezgodnie z naszym systemem wartości. Nie znaleźliśmy jednej odpowiedzi na to pytanie - być może "gruba kreska" Tadeusza Mazowieckiego była najlepszym rozwiązaniem? Tata powiedział wówczas: "To jest najlepsze, co możemy zrobić, żeby nie zwariować".

Przykładem takiego heroicznego wybaczenia, o którym wiele się u nas w domu dyskutowało, było także pojednanie polsko-niemieckie. Wybaczenie, ale nie zapomnienie. To ważne, żeby nie mylić tych pojęć. W tych sprawach wyznacznikiem była filozofia profesora Bartoszewskiego. To była dla mnie jedna z najważniejszych lekcji o tym, jak żyć "do przodu". Patrzeć w przyszłość, a nie wstecz. Przecież tylko poprzez wybaczenie można ruszyć dalej, żyć twórczo i z dobrą energią. Takie wybaczenie, choć bardzo trudne, jest sprawdzianem z naszej dorosłości i dojrzałości. Tę lekcję wciąż niestety musimy odrabiać, ucząc się mądrości, wielkoduszności i dobroci.

Zdjęcie

Myślę, że proces wybaczania im ciągle we mnie trwa - przyznaje Wojciech Błach /AKPA
Myślę, że proces wybaczania im ciągle we mnie trwa - przyznaje Wojciech Błach
/AKPA

Wojciech Błach: Iść dalej, uciec do przodu

Najlepiej byłoby opowiadać o wybaczeniu bez świadomości jak okrutne może być życie i jaki straszny los spotyka ludzi, którzy mają skrajnie trudną sytuacje do wybaczenia. Można by dywagować czysto teoretycznie o wybaczeniu w trybie dokonanym i dzielić się tym, jak dobrze się po wybaczaniu poczułem. Tymczasem najczęściej nie potrafimy dostrzec tego, że przeszkadza nam między innymi brak wybaczenia. Człowiek dopiero, gdy wybaczy, wie, że to się dokonało.

Trudno przyglądać się temu w trakcie, gdy zachodzi w nas proces przebaczania. Sam proces jest trudny, bo wymaga od nas zmiany myślenia, wyjścia z roli ofiary. Nasze ego, dla swojego komfortu, nie chce zmiany utartych schematów. Wielu osobom nie udało mi się wybaczyć wtedy, gdy należało to zrobić. Teraz próbuję żyć świadomie, być w pełni obecnym i uważnym - to efekt długiej i ciężkiej, ale bardzo ciekawej pracy nad sobą. Na pewno warto zacząć od rodzinnego wybaczenia, od przyjrzenia się konfliktom - matki z córką, ojca z synem, brata z bratem itd.

Rodzic, który nie podejdzie odpowiednio delikatnie do młodzieńczego buntu swojego nastolatka, może sporo nabroić i przez lata potrafią narastać różne niechęci. Ale myślę też, że niczego nie można przyśpieszać. Bunt młodzieńczy jest potrzebny. Mój bunt wobec rodziców polegał na ucieczce do wewnątrz siebie niż na jakimś rozbijaniu się na zewnątrz. Wyraził się chociażby tym, że gdy po maturze, pojechałem do Londynu, nie wróciłem po dwóch tygodniach, tylko po pół roku i nie poszedłem na studia, na politechnikę. Zacząłem pracować za barem w nocnym klubie. Zdecydowałem się porzucić przetarty szlak i zdawać na aktorstwo, co było trudne dla moich rodziców i stworzyło kilka sytuacji, które nie były przyjemne.

Myślę, że proces wybaczania im ciągle we mnie trwa. Mój ojciec nie żyje, więc te wszystkie drobne wybaczenia, które dotyczyły okresu buntu, odbyły się w formie rozmowy z nieobecnym już rodzicem. Jeżeli ktoś ma to szczęście, że ma długowiecznych rodziców, ma też większe szanse na wybaczenie im zanim odejdą. Moja mama żyje i "czas nas uczy pogody"... Wraz z wiekiem i doświadczeniami jesteśmy bardziej skłonni do wybaczenia. Na pewno inaczej się patrzy na rodziców, kiedy samemu mamy dzieci. Mój jeden syn ma 6 lat, a drugi urodzi się w grudniu. Codziennie popełniam błędy. Człowiek na własne życzenie stresuje się a potem to odreagowuje na innych, często na bliskich. Potem się sam obwinia i w konsekwencji sam siebie nie lubi i katuje się tym - to wszystko działa jak śnieżna kula.

Myślę, że nam, aktorom, często przychodzi z trudem zaakceptowanie faktu, że nad swoim życiem nie mamy takiej kontroli, jak na scenie, jak nad postacią, w którą się wcielamy. W życiu nie da się zaplanować wszystkiego tak, jak w teatrze, filmie czy serialu. Stąd ważne jest wybaczanie sobie na co dzień. Tego musiałem się nauczyć już w szkole średniej. To był ten moment, kiedy rodziły się pierwsze miłości. Ja już wtedy wiedziałem, że nie chcę zostać na Śląsku. To rodziło sytuacje, w których wysyłając dziewczynom sygnały, że jestem nimi zainteresowany, jednocześnie nie dawałem nadziei na coś trwałego.

Poznałem tę okrutną niesprawiedliwość, że nie można "mieć ciastko i zjeść ciastko", a z drugiej strony nie trzeba kupować browaru jak się chcesz napić piwa. Co do późniejszych różnych zawirowań miłosnych, pewne jest to, że wstałem po nich i poszedłem dalej. Mam żonę, spodziewamy się dziecka, buduję rodzinę. I myślę, że to pójście do przodu, a nie tkwienie w miejscu, jest zalążkiem wybaczenia. Nie stawiam się w roli ofiary, ale wolę nie mieć z taką osobą kontaktu, zachować neutralność. Świat cudownych patchworków, niemal jak z filmów Almodovara, jest moim zdaniem niebezpieczną hipokryzją. Uważam, że to jest niepotrzebny efekt uboczny wybaczania. Jestem zwolennikiem drogi środka, tego, żeby nie wpadać w skrajne emocje.

Jeżeli komuś wybaczyłem, to nie znaczy, że muszę się z nim przyjaźnić - jest wiele pośrednich typów relacji międzyludzkiej. Czy można nad wybaczaniem pracować na co dzień? Pewnie tak, ale też nie należy wybaczać na siłę, zbyt szybko, bo ta złość, którą na kogoś lub na coś mamy, potrafi pozytywnie napędzać nas do działania. Tak było z moim zawodowym wybaczeniem. Moja droga do aktorstwa była i dalej jest wyboista. Zdawałem kilka razy na wydział aktorski - do Krakowa, do Wrocławia, do Warszawy. W końcu dostałem się na "lalki" do Wrocławia, jednak w kolejnym roku postanowiłem dalej zdawać na wydział aktorski. Dostałem się do PWST w Warszawie i tam powinęła mi się noga, i to całkiem dosłownie.

W pierwszym tygodniu studiów tak niefortunnie stanąłem, że naciągnąłem sobie więzadła i miałem przez miesiąc nogę w gipsie. Ominął mnie przez to cały proces adaptacji, było trudno. U niektórych wykładowców szło mi nieźle, ale chyba słabo u samego rektora, czyli profesora Jana Englerta. A jak już u rektora jest słabo, to automatycznie cała świta profesorów również jest mocno nieobiektywna. Skończyło się tym, że zostałem wyrzucony po pierwszym roku. Potem dostałem się i skończyłem PWST w Krakowie - tam byłem już do końca studiów, spotkałem ludzi, z którymi pracuję do dzisiaj.

Na koniec studiów zdobyłem główną nagrodę na festiwalu szkół teatralnych w Łodzi. I tam rektor Jan Englert, przy swoich studentach, powiedział: "Otóż wasz profesor też się myli. To jest student, który jest tego dowodem. Gratuluję nagrody". Wtedy to wybaczenie rektorowi i warszawskim pedagogom przyszło do mnie samo i naturalnie, a z drugiej strony dopiero wtedy poczułem, że przez cztery lata żyłem w złości na Jana Englerta i jego kolegów profesorów. Ale ta złość była częścią siły, chęci udowodnienia im, a w sumie sobie, że będę grał, że będę aktorem. Czułem się doskonale. Wiedziałem, że zamykam jakiś etap i zrzucam go z barków. To daje bardzo dużą satysfakcję.

Zdjęcie

Tak mi się życie ułożyło, że nie musiałam nikomu niczego wybaczać /AKPA
Tak mi się życie ułożyło, że nie musiałam nikomu niczego wybaczać
/AKPA

Małgorzata Rożniatowska: Wybaczmy sobie

Tak mi się życie ułożyło, że nie musiałam nikomu niczego wybaczać. I mam nadzieję, że już żadna taka trudna sytuacja mnie nie spotka. Na szczęście pamięć ludzka jest zawodna i wszystkich mniejszych przykrości naprawdę nie pamiętam. Po latach przypominam sobie tylko miłe i dobre chwile. Myślę, że mój charakter i usposobienie sprzyjają temu, żebym nie musiała wybaczać. Nie jestem konfliktowa, ale też nie rozpamiętuję dawnych wydarzeń i spraw. Poza tym mam szczęście do ludzi.

Z większością osób, które los postawił na mojej drodze, jestem w dobrych kontaktach albo wręcz się przyjaźnię. Podobnie jest w życiu zawodowym. Nigdy nie spotkałam się z zazdrością, rywalizacją czy zachowaniami, które musiałabym wybaczać. Przez wiele lat grałam w teatrze na Targówku pod dyrekcją Mariana Jonkajtysa. To był teatr muzyczny, więc konieczna była dublura, bo wystarczyło, że aktor dostał chrypy i nie mógł występować. Z koleżankami, z którymi grałam te same role, razem pracowałyśmy nad tworzeniem postaci, wspierałyśmy się. Oczywiście newralgicznym tematem, gdzie doznajemy czasami zawodów, a w związku z tym, pojawiają się okazje, by komuś przebaczać, są relacje damsko-męskie.

Ale w tym względzie też nie byłam nigdy szczególnie przewrażliwiona. Wolałam mieć po prostu kumpli niż sympatie. Potem przeżyłam 35 lat w szczęśliwym małżeństwie, w którym nie miałam powodów do zazdrości, a w związku z tym nie musiałam niczego wybaczać. Nieco inaczej wyglądała sprawa z naszymi domowymi pupilami. One potrafiły robić różne rzeczy, na przykład gryźć sprzęty domowe albo uciekać, ale zwierzętom jestem w stanie wybaczyć wszystko. Kocham je bezwarunkowo, rozumiem ich "wyskoki". Do tego samego namawiałam domowników, którzy czasami byli niepocieszeni, bo pies zniszczył im obuwie. Z podobną łatwością jak zwierzętom, (niestety lub na szczęście) wybaczam też sobie.

Gdy czegoś nie zrobię, szybko znajduję wytłumaczenie, na przykład że nie miałam siły. Całe życie się odchudzam, ale gdy pofolguję sobie z jedzeniem, to nie zamęczam się tym jakoś straszliwie, tylko obiecuję w myślach, że zacznę dietę od jutra. Myślę, że nie warto obarczać się wyrzutami sumienia, bo trzeba dobrze żyć samemu ze sobą. Gdyby człowiek ciągle się o coś obwiniał, to mogłoby się to skończyć depresją. Nie rozpamiętuję też tego, co zrobiłam źle wiele lat temu, nie zastanawiam się, co by było gdyby... Sądzę, że dzięki temu, że na bieżąco wybaczam sobie, nie żywię i nie pielęgnuję urazy również wobec innych. Warto też być uważnym i nie dopuszczać do sytuacji, w których mogłoby dojść do poważnych napięć, awantur.

Gdy byłam dzieckiem, razem z rodzicami, babciami i siostrą codziennie siadaliśmy do wspólnego obiadu. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, nigdy nie było przy stole ostrej wymiany zdań. Dlatego, gdy sama założyłam rodzinę, pilnowałam, by czas spędzany wspólnie podczas posiłku był przyjemny i radosny. Staramy się tego trzymać również podczas rodzinnych spotkań w większym gronie. To nie jest łatwe, bo czasami aż korci, żeby wypowiedzieć się na przykład na tematy polityczne, ale warto się powściągnąć. Bardzo pilnuję tego, żeby nie rozpoczynać rozmów, które mogłyby sprowokować to, że ktoś powie o dwa słowa za dużo. Lepiej jest żyć tak, by nie trzeba było nikomu wybaczać i żebyśmy my nie musieli prosić o przebaczenie. Pogodne usposobienie daje spokój.



Artykuł pochodzi z kategorii: Ludzie

Grazia

Zobacz również

  • Sztuka umiaru

    Guru wszystkich przedsiębiorców Mark Zuckerberg paraduje stale w szarym T-shircie i dżinsach, Beyoncé przekonuje, że nie kupuje biżuterii, a Hanna Lis chwali espadryle za 60 zł. Oszczędne życie... więcej