Starym rodzicom należy się szacunek, pomoc i opieka. Tak jednym tchem powie większość z nas. A co, jeśli poczucie obowiązku miesza się w nas z poczuciem krzywdy i żalem z dzieciństwa? Czy rodzice mają prawo żądać opieki, której sami nam nie zapewnili?

Zdjęcie

Widzę w matce tę samą bezradność, co przed laty - jej nie chce się walczyć - mówi Agnieszka /©123RF/PICSEL
Widzę w matce tę samą bezradność, co przed laty - jej nie chce się walczyć - mówi Agnieszka
/©123RF/PICSEL

EWA, 43 lata

Ciotka powtarzała, że powinnam zajmować się mamą, a ja myślę: a czy ona zajęła się mną, gdy byłam bezradna?

Reklama

Na korytarzu poradni szpitalnej tłum. Po plecach spływa mi stróżka potu. Jest dopiero po ósmej, będziemy tu siedzieć do osiemnastej. Jutro z kolei wizyta u neurologa, kolejne kilka godzin. Mama nie pójdzie do lekarza prywatnie. "Nie po to całe życie pracowałam", mówi.

Nie tak wyobrażałam sobie wakacje. Siadamy przed gabinetem. Nienawidzę szpitali. Patrzę na matkę i ciotkę, jej najbliższą przyjaciółkę, która przyjechała z nami. Siedzą obok na plastikowych krzesłach. "Wyglądają jak zasuszone kury", myślę i zaraz ganię się za okrucieństwo. Ich przemijanie wbija się w każdą komórkę mojego ciała. Pamiętam je sprzed trzydziestu lat, pijane, szalejące na imprezach, które urządzali rodzice w naszym domu. "Mamo, przytulisz mnie?", prosiłam.

"Ewka, Ewka, bądź duża, zasypiaj sama", bełkotała matka i przesyłała mi soczystego całusa, nie ruszając się z miejsca. Teraz widzę ją przygarbioną, ze zmierzwionymi włosami. Takie miała kiedyś piękne włosy. "Nie pójdę z odrostami do lekarza", mówiła, sunąc w stronę łazienki. "Mamo, daj, pomogę". "Och, nie, dziecko, oczywiście, że nie, po co ja cię proszę", wzdychała. W końcu dopadłam ją w łazience i wśród jej wszystkich "naprawdę nie musisz" ufarbowałam nieszczęsne włosy. Czuję teraz obezwładniające zmęczenie.

Ma 72 lata, niektóre kobiety w jej wieku grają w tenisa i podróżują po świecie, a matka ledwo wstaje z fotela. Zawroty głowy, mdłości, problemy z widzeniem, zwyrodnienie kręgosłupa. Właściwie w ciągu roku zamieniła się w staruszkę. "Dlaczego jesteś dla mamy taka niemiła?" - z rozmyślań wybija mnie troskliwy głos, w którym wyczuwam jednak nutę upomnienia.

Ciotka wykorzystuje chwilę, gdy matka próbuje dowiedzieć się od pielęgniarki, dlaczego na tę samą godzinę zapisanych jest pięć osób. "Ona jest słaba i bezradna", zaczyna. "O, to zupełnie jak ja, gdy byłam dzieckiem", myślę. I nie wiem, czy bardziej czuję się winna wobec matki, czy wściekła na nią, że zwierza się ciotce z naszych konfliktów. Bo przecież ciotka musi wiedzieć, że nam się nie układa.

Matka wręcz kolekcjonuje złe emocje, rozdmuchuje je. Nie zadzwoniłam przez tydzień, a ona miała zapalenie płuc, nie byłam zbyt troskliwa. Powiedziałam, że nie mam czasu wybierać przez godzinę mięso i to naprawdę nie ma znaczenia, jaki kawałek schabu kupimy. I nie miałam czasu z nią siedzieć i rozmawiać. I za mało się jej zwierzam. Nie, skąd, ona nie jest matką toksyczną. Mówi: "dam radę sama, nie przejmuj się". Tylko że w jej głosie jest druga warstwa. Smutek, pretensja i samotność. Lśniący parkiet, białe ściany, wielkie okna, przez które dochodzi hałas ulicy.

Tydzień później siedzę naprzeciwko terapeutki i próbuję zrozumieć, dlaczego jestem złą córką. Tak się czuję. Bezradność matki budzi we mnie agresję i złość. "Mam 40 lat, dwoje dzieci, miałam leżeć teraz w Grecji na plaży, a jeżdżę po szpitalach, gotuję obiady i jestem wściekła. Tylko dlaczego jestem wściekła? Przecież w sumie ją kocham", wyrzucam z siebie. Terapeutka pyta, czy znam to uczucie.

Czy już wcześniej zajmowałam się matką. Nie odpowiadam, więc każe mi poustawiać na stole figurki. Jedna z nich ma symbolizować mnie w dzieciństwie, trzy inne rodziców i siostrę. Intuicyjnie stawiam siebie obok matki i siostry. Stoję do nich plecami, ale tak, że ochraniam je przed ojcem. Jego symbolizuje figurka rozjuszonego lwa. Nawet tu, w bezpiecznym gabinecie, czuję, że tracę oddech. Przed oczami staje dzieciństwo. Pijany ojciec rzuca w siostrę kubkiem, rozwala jej skroń. Matka płacze. To ja dzwonię do szpitala, wzywam pogotowie.

Ojciec bije mnie pasem po głowie za to, że źle odłożyłam talerz. Matka siedzi w kuchni i gotuje obiad, udaje, że w drugim pokoju nic się nie dzieje. Mam 7 lat. Ojciec tłucze mnie deską, matka dopiero po pół godzinie reaguje. "Może już dość?", pyta cicho. Kiedy ojciec zaczyna bić moją młodszą siostrę, to ja rzucam się na niego. Matka znów udaje, że jej nie ma. Robi pranie, idzie grabić liście. Żyjemy w lęku. I nie możemy liczyć na mamę. Przeciwnie, musimy ją chronić.

"Pani już nie chce opiekować się mamą, wyczerpał się limit", mówi psycholożka. Mówi cicho, bez ocen, bardziej pyta, a ja nagle zaczynam płakać tak, jak nigdy nie płakałam, nawet gdy byłam dzieckiem. "Byłyśmy bite przez ojca". "Co ty wymyślasz? Nie było tak źle" - tak latami mama reaguje na moje wspomnienia przeszłości. Ja też uciekam od nich. Wychodzę za mąż, rodzę dzieci, jestem szczęśliwa.

Z ojcem, który w końcu odszedł od matki do innej kobiety, nie utrzymuję kontaktu. Wydaje mi się, że matce też już wybaczyłam. Jesteśmy szczęśliwą rodziną. Mama jest dobrą babcią dla 11-letniego Kajtka i 7-letniej Tosi. Ale teraz nie potrafię znieść jej słabości.

Sama jestem silną kobietą sukcesu. Panuję nad swoim życiem zawodowym, macierzyństwem, rodziną. Ogarniam wszystko. Rok temu. W któreś czwartkowe popołudnie odbieram telefon od siostry. "Mama zemdlała w sklepie, spadła ze schodów, potwornie boli ją głowa", krzyczy w słuchawkę. "Musicie jechać do szpitala", odpowiadam.

Siostra panikuje, błaga, żebym przyjechała. Obie wiemy, że mama od jakiegoś czasu gorzej się czuje. Nie chce wychodzić, potyka się o przedmioty, traci równowagę, budzi ją potworny ból głowy. Teraz jeszcze ten upadek. Po 6 godzinach na izbie przyjęć nie dowiadujemy się niewiele - mama dostaje skierowanie na tomografię, ma też iść do neurologa i okulisty. To ja wydzwaniam po lekarzach, umawiam ją, jeżdzę, choć mieszkam po drugiej stronie miasta, a siostra trzy ulice dalej.

"Musisz jej wybaczyć, nie zmienisz przeszłości" - pociesza mnie mąż, a mnie każdy dzień z matką męczy. Widzę w niej tę samą słabość co przed laty - jej się nie chce walczyć. Postawić do pionu, zmusić do wyjścia na spacer. Wiecznie ten sam marudzący ton ofiary. Jej choroba uruchamia we mnie pokłady gniewu, o jakie się nawet nie podejrzewałam. "Miałam więcej ciepła i szacunku do swojej mamy, nigdy bym się tak do niej nie odezwała", rzuca do mnie któregoś dnia w sklepie.

"No cóż, babcia cię chroniła", odgryzam się. Za chwilę żałuję, bo mama robi się dziesięć razy mniejsza, niż jest. Więcej nie mówię, ale czuję złość. Czy naprawdę znów muszę się nią zajmować? Znów dźwigać jej bezradność?

Zdjęcie

W dzieciństwie żyli w lęku. Nie mogli liczyć na mamę. Musieli ją chronić /©123RF/PICSEL
W dzieciństwie żyli w lęku. Nie mogli liczyć na mamę. Musieli ją chronić
/©123RF/PICSEL

KAROLINA, 40 LAT

"Rodzice traktują mnie jak bankomat i opeikunkę. gdzie jest granica mojej odpowiedzialności za nich?"

"Córeczko, możesz mi wpłacić na konto 250 zł?"- mama szepcze konspiracyjnie, pewnie, żeby nie usłyszał jej tata. Ledwo ją słyszę, właśnie wyszłam ze służbowego spotkania. "Mamo, tydzień temu wysłałam ci 300 zł", zaczynam. "Tak, ale muszę zapłacić za energię, dostaliśmy już drugie upomnienie, ojciec z pewnością dostanie zawału, jeśli nam wyłączą, wiesz, jaki on jest".

"Tak, wiem, wyślę ci, ale proszę, żyj oszczędniej" - przemawiam do niej jak do nieznośnej nastolatki, a i tak wiem, że to nie pomoże. "Przecież ma emeryturę, odetnij jej pieniądze", radzi mąż. Łatwo mu mówić, jego rodzice są dobrze sytuowani.

Ojciec ma wysoką emeryturę, mama do tej pory dorabia jako księgowa. Jak mam zostawić rodziców? Sami sobie nie poradzą. Góra porozrzucanych butów, kurtki. Kilka dni później z trudem przeciskam się przez przedpokój w mieszkaniu rodziców. W kuchni zawalony zlew, na podłodze okruchy i kurz. Robi mi się niedobrze. "Mamo, daj odkurzacz. Przecież to niezdrowo tak mieszkać", proszę. "Tak, a tu jest bałagan?" - pyta, jakby nie widziała tego, co ja. Inaczej - nie przeszkadza jej to.

Gdyby nie ja, zarośliby brudem, podobnie jak zarastali, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Do dziś pamiętam, że wstydziłam się zapraszać do domu koleżanki. Oblepiona cukrem cukierniczka, brudne ubrania na kanapie, walające się majtki były u nas w domu na porządku dziennym. W tym wszystkim mama, urocza dziennikarka warszawskiej gazety. Zawsze z papierosem, rozczochrana, nieumalowana, często o 14. jeszcze w szlafroku.

Koleżanki z tamtych lat wspominają do dziś, jak zawsze po szkole musiałam robić zakupy na obiad, szykować kolacje dla ojca i młodszego brata. "Posprzątam, będzie wam przyjemniej", mówię teraz. Nie chcę, żeby wiedziała, że po prostu brzydzę się wpuszczać do tego mieszkania córkę. Nie chcę, żeby oglądała taki syf, a ma wpaść jutro do dziadka. Sprzątanie kończę pod wieczór.

Odbieram wiadomości od męża: "Gdzie ty jesteś?", "Opamiętaj się, twoja mama nie jest dzieckiem". Nie wiem, co mam mu odpowiedzieć, bo chyba jest. "Karolinko, a mama to odda pieniądze?" - to pytanie towarzyszyło mi całe dzieciństwo. Wystarczyło, że weszłam do sąsiedzkiego sklepu po chleb, a właścicielka zaczepiała mnie i pytała, czy mama zwróci dług. "Tak, oczywiście, jak tylko tata przyjedzie" - mówiłam. I czułam potworny wstyd.

Gdy miałam 8 lat, nie wiedziałam, że to chodzi o dług za wódkę albo wino, które popijała w ukryciu przede mną. Musiałam więc sama kąpać młodszego brata i czytać mu bajki. Potem już rozumiałam, że to chodzi o alkohol, więc na zakupy jeździłam do oddalonego o 10 km sklepu, bo wiedziałam, że chociaż tam nikt nie da mamie niczego "na kreskę". Byłam anonimowa. Gdy miałam 14 lat, dorabiałam sprzątaniem i korepetycjami. Spłacałam długi matki. Ojciec pracował w Szwecji na budowach. Przysyłał pieniądze, ale jej nigdy nie starczało. Do dziś mam obsesję punktualności.

Mama znów zapomniała zapłacić za gaz. Jest środek zimy, a do nas przyjeżdża dwóch panów i chcą odłączyć gaz. Ja płaczę, błagam, mówię, że brat chory. Oni się litują, mama obiecuje, że zapłaci, i znów zapomina. Siedzimy przy świecach, bo nie ma pieniędzy na światło, chociaż ojciec przesłał pieniądze. Nie ma prądu, za to w przedpokoju stoją nowe buty mamy, a w szafie wisi nowy płaszcz. Nieodpowiedzialność - to słowo określa ją najlepiej.

"Tato, czy ty musisz wyjeżdżać?" - wtulam się w ojca jako nastolatka. Nie umie przyjąć mojej czułości, wycofuje się. Po latach dowiaduję się, że część czasu "w Szwecji" spędzał po prostu z kochanką, która mieszkała na południu Polski. Mam 18 lat. Moje koleżanki myślą o wyjeździe z chłopakiem, a ja całe wakacje pracuję w knajpie. One odkładają na ciuchy, ja na to, żebyśmy miały z mamą i bratem pieniądze na rachunki.

"Twoja córka jest taka odpowiedzialna" - zazdroszczą mamie koleżanki, a ja już wtedy cierpię na regularne bóle brzucha, migreny i nerwicę. Wyprowadzam się z domu w wieku 25 lat. Wychodzę za mąż za dobrze rokującego prawnika. Mam obsesję pieniędzy i oszczędności. Potrafię odmówić wyjazdu na narty, kawy w knajpie, obiadu w restauracji - to dla mnie zbędny wydatek.

Nieustannie natomiast pomagamy moim rodzicom. "Tata musi mieć badanie prostaty, wiesz, jak to jest z NFZ. Wyślij, kotek, pieniądze", "Muszę zrobić rezonans, wiesz, jaka kolejka państwowo, muszę zrobić teraz". Mama ciągnie ze mnie pieniądze bez wyrzutów sumienia, a we mnie wszystko się burzy. Pracuję ciężko w korporacji, mąż w kancelarii. Córkę widujemy wieczorami.

Dlaczego mam pieniądze oddawać mamie? Nieustannie też pożycza ode mnie na ubrania, garnki, zupełnie niepotrzebne zakupy domowe. Z szafy wysypują się przeterminowane produkty. Pożyczonych pieniędzy nigdy nie oddaje. Jestem coraz bardziej zmęczona. "Co będzie dalej?", myślę. Chciałabym jej powiedzieć: mamo, mam dość opiekowania się tobą, a jednocześnie myślę: jak mogę coś takiego powiedzieć starszej kobiecie?

AGNIESZKA, 38 LAT

Ojciec nie zajmował się mną ani bratem. Gdy miałam 10 lat, założył nową rodzinę. Całe życie byłam dla niego ciężarem. Dlaczego teraz mam towarzyszyć mu w starości i umieraniu?

Kap, kap. Odgłos wody kapiącej z kranu umywalki przyprawia mnie o dreszcze. Może bym jej nie słyszała, gdyby nie cisza w szpitalnym pokoju. "Podaj herbatę", mruczy ojciec. Żadnego "proszę". "Pocałuj mnie w tyłek", mam ochotę odpowiedzieć. Milczę. Podaję kubek. Ojciec mości się na poduszkach z trudem, charczy. Jest cztery dni po skomplikowanej operacji, wciąż jest w złym stanie. "Może kupię żeton i obejrzymy film" - rzucam. Kiwa głową.

Kolejną godzinę oglądamy amerykańską nawalankę i na szczęście nie musimy rozmawiać. Ojciec ma zaawansowanego raka płuc i przerzuty do żołądka. Lekarze nie dają mu szans. Pozostaje tylko opieka paliatywna. "Pani jest córką?" - spytał kilka dni temu lekarz, gdy przywiozłam ojca do szpitala z wysoką gorączką. "Biologiczną, owszem. Prawdziwa przyjedzie później", wyrwało mi się. Siedziałam w poczekalni i myślałam: "co ja tutaj robię?". Gdy w wieku 12 lat trafiłam do szpitala z zapaleniem wyrostka robaczkowego, ojciec nie odwiedził mnie ani razu.

Wtedy jego nowa żona była w ciąży. "Andrzej, przyjedź do ojca", dzwonię do starszego brata. "Mam to gdzieś" - mruczy on. "Andrzej, on umrze, chce z tobą pogadać". "I świetnie, umrze, gdzieś to mam". Rozumiem go. Właściwie dzwonię do niego z egoizmu. Nie chcę siedzieć w szpitalu sama. Nie chcę spotkać Julii, jego córki, i Wandy, żony. "Ojciec ma raka, znasz jakichś lekarzy?

Jesteś w końcu dziennikarką, znasz tyle osób" - pół roku temu odebrałam telefon od Julii. Nigdy nie utrzymywałyśmy kontaktu. Ojca też widziałam trzy lata temu. Byłam wtedy w ciąży, pokłóciliśmy się o politykę. "To jakiś cud, że znalazłaś męża", zasyczał. Wstałam od stołu. Marcin, mój mąż, próbował łagodzić, ale wyszliśmy. Żadne z nich nie odezwało się więcej. Mimo tego, że przysłałam SMS-a o narodzinach Poli.

Aż tu nagle telefon od Julii. Przez dwa dni wydzwaniałam więc, szukając najlepszych onkologów i radiologów. Załatwiłam szybkie prześwietlenie, wizytę, operację. "Wszystko będzie dobrze", przemogłam się i zadzwoniłam do ojca. "Aha", skwitował. Zero pytania o Polę.

"Córki wychowywane bez ojca mają niskie poczucie własnej wartości, cały czas szukają swojego miejsca w życiu, często czują się winne" - przeczytałam kiedyś w gazecie. Cała ja. Skórzana walizka stojąca w przedpokoju, krzyki, płacz matki. Miałam 10 lat, a Andrzej 12, gdy ojciec powiedział, że odchodzi. "Nie rób histerii" - pouczył mnie, gdy przywarłam do jego kolan i błagałam, by nas nie zostawiał.

Tak skończyło się moje dzieciństwo. Czytanie bajek, wspólne narty, wyjazdy w góry. Dopóki ojciec z nami mieszkał, dbał o nas. Był ojcem, który jeździł z dziećmi na rowerze, organizował pikniki i chodził na szkolne przedstawienia. Straciliśmy go z dnia na dzień. Bo nie tylko porzucił mamę, ale też nas. Dzwonił rzadko, spotykaliśmy się raz w miesiącu.

Dwa lata później urodziła mu się córka i to ona otrzymała status: "córeczki tatusia". Czasem jeździliśmy do ojca na święta, czasem na wakacje. Ale nigdy nie było już między nami bliskości. Jak można o kimś tak po prostu zapomnieć? "Przytyłaś, niedobrze, kobieta nie powinna być gruba" - rzuca ojciec w szpitalu. Zagryzam zęby. Opowiadam o pracy, Poli. Ogląda zdjęcia, ale rozpromienia się dopiero wtedy, gdy do sali wchodzi Julia. "Córeczko", uśmiecha się do niej. Do opieki nad ojcem podchodzę zadaniowo. Wybieram lekarzy, szpitale, kontaktuję się ze specjalistami, szukam sposobów alternatywnych. Może inna dieta? Julia histeryzuje, mówi, że nie znosi szpitali. To ja głównie zajmuję się ojcem. Podobnie, gdy wypisują go do domu.

"Musimy odreagować, wykupiłyśmy wycieczkę do Egiptu, zostaniesz z tatą?", przyrodnia siostra nie pozostawia mi wyboru. Odwożę Polę do przedszkola i jeszcze rano jadę do ojca. Po pracy odbieram dziecko i jedziemy do dziadka. Prawie nie rozmawiają. Ona go nie zna, on nie ma ochoty jej poznać. "Jak w przedszkolu? Grzeczna jesteś?", pyta tylko. Ogląda bajki, ja robię obiad, sprzątam. Jest uprzejmy, ale wycofany.

Tak mija pół roku. Wpadam do ojca prawie codziennie, codziennie dzwonię. Za pomoc nie usłyszałam nawet "dziękuję". Chciałabym wykrzyczeć, że mam go gdzieś. Powiedzieć, że nie było go w moim żcyiu, więc mnie nie będzie przy jego umieraniu. Nie mówię. Nie potrafię go odrzucić.

Katarzyna Troszczyńska

GRAZIA 10/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Styl życia

Grazia

Zobacz również

  • Blond: Jasny ideał

    Najmodniejsze blondy tego sezonu to te najjaśniejsze, inspirowane kolorem włosów Skandynawów i małych dzieci. Dzięki nowoczesnym sposobom farbowania są piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. więcej