Wybuchło z energią, która promieniuje przez lata… W 50. rocznicę „lata miłości” możemy być pewni, że podobna historia długo nie przytrafi się ludzkości. Z tym większą nostalgią przyglądamy się śladom, które hipisowska rewolucja pozostawiła w naszej kulturze: lenonkom, frędzlom i tendencji do nieustannego analizowania naszych związków.

Zdjęcie

Idea wolnej, nieskrępowanej niczym miłości miała jednak swoją cenę... /East News
Idea wolnej, nieskrępowanej niczym miłości miała jednak swoją cenę...
/East News

Dzwony, długie sukienki i spódnice, dżinsowe kurtki, kamizele, ozdoby na włosy. Intensywne kolory i wyraźne, egzotyczne wzory. Tak pokrótce można scharakteryzować kolekcję wiosna-lato 2017 domu mody Roberta Cavalli. Jego projektant, Peter Dundas, od lat wierny jest stylowi hippie. Ci natomiast, którzy nie są wyznawcami tego nurtu, chętnie i często do niego nawiązują. Przynajmniej jedna na 15 najlepszych stylizacji każdego London Fashion Week zawiera jakieś elementy hippisowskiego stylu. Chętnie pozują w nim postaci popkultury - Kate Moss, Vanessa Paradis, Rachel Zoe, a w Polsce np. modelka Anja Rubik czy szafiarka Jessica Mercedes.

Nazywają go dziś stylem "boho", pochodzącym od określenia "bohema", oznaczającego środowisko artystów, ludzi niepokornych, odrzucających konsumpcjonizm i chcących żyć pełnią życia. Nie byłoby go, gdyby nie pewne gorące lato w Stanach Zjednoczonych w 1967 roku.

Reklama

Wśród wąskich, rozgrzanych słońcem uliczek jednej z dzielnic San Francisco, położonej nieopodal dającego wytchnienie miejskiego parku, wciąż tłoczą się turyści. Kawałek stąd znajduje się muzeum rodziny Walta Disneya i słynny na cały świat Złoty Most (Golden Gate). Ale tu, w Haight- Ashbury, wśród charakterystycznych kolorowych domków szeregowych z epoki wiktoriańskiej także nieustannie kręcą się grupy gapiów. Robią zdjęcia architekturze, przyglądają się ludziom, przysłuchują się występom ulicznych artystów, oglądają wystawy sklepowe - także te, na których prezentowane są ubrania, gadżety i symbole dawnej epoki.

Co wydarzyło się w Haight-Ashbury

W lipcu 1967 roku do dzielnicy San Francisco, której sercem było skrzyżowanie ulic Haight i Ashbury, zaczęli ściągać zmęczeni konserwatywnym życiem Amerykanie z całych Stanów Zjednoczonych. Byli zniechęceni polityką rządu i wojną w Wietnamie, a także przerażeni jej społecznymi konsekwencjami (wielu młodych Amerykanów traciło tam życie, a ci, którzy wracali do domów, byli psychicznie zdewastowani). Być może jednak jeszcze bardziej odrzucała ich postawa współobywateli - tej części społeczeństwa, która buntowała się przeciwko równouprawnieniu Afroamerykanów i białych, która nie zgadzała się na zniesienie przeszkód w prawie do głosowania i która nie respektowała idei praw obywatelskich (warto mieć na uwadze, że niespełna rok później zamordowano słynnego lidera ruchu praw obywatelskich Martina Luthera Kinga).

Te tarcia wewnątrz amerykańskiego społeczeństwa były spowodowane m.in. zakrojonymi na szeroką skalę reformami demokratycznego prezydenta Lyndona Johnsona. To właśnie do jego hasła ("The Great Society" - "Wielkie Społeczeństwo") nawiązywał w ostatniej kampanii wyborczej w USA dzisiejszy prezydent Donald Trump. Pod wieloma względami było to więc gorące lato. I właśnie w Haight-Asbury, początkowo wokół butiku Psychedelic Shop, oferującego wszelkiego rodzaju substancje odurzające i akcesoria do ich przyjmowania (fajki, fifki, bibułki itd.), zaczęli zbierać się artyści, poeci, intelektualiści i różnej maści wrażliwcy, zamieniając życie w tej dzielnicy w jeden nieustający happening.

Dzielili się jedzeniem, pomagali sobie w wychowywaniu dzieci, debatowali, śpiewali, częstowali marihuaną i LSD oraz uprawiali "wolną miłość". Podczas gdy władze Kalifornii bezskutecznie próbowały jakoś opanować ten chaos, o Haight-Asbury było coraz głośniej. Tę komunę hipisów - bo tak zaczęto o nich mówić - zaczęli odwiedzać artyści, badacze, działacze społeczni ...

Pierwszą wielką manifestacją charakteru i siły tej grupy był Monterey Pop Festival, który odbył się w połowie czerwca 1967 roku. Przyciągnął aż 200 tys. ludzi, a na scenie pojawiło się ponad 30 wykonawców (The Grateful Dead, The Who, Otis Redding czy Janis Joplin). Dzięki Monterey wielu muzyków zyskało status gwiazd - na przykład Jimmy Hendrix, który podczas występu podpalił i roztrzaskał swoją gitarę. A dzięki Haight-Asbury narodziła się hippisowska rewolucja, która szybko rozprzestrzeniła się na cały świat.

Dziwny jest ten świat

Festiwal w Monterey i cud Haight-Asbury zapoczątkowały potężny ruch społeczny, zwany kontrkulturą, zdaniem ekspertów nieporównywalny z żadnym innym w historii ruchów społecznych. Bez odwoływania się do agresji i przemocy, pośród melodii i słów znanych piosenek, takich jak "California Dreamin’" The Mamas and The Papas, całe pokolenie Amerykanów i mieszkańców zachodniego świata, zaczęło kontestować sposób życia swoich rodziców i dziadków - ukształtowaną przez nich politykę, gospodarkę, system edukacji, sztukę, religię i w końcu system wartości.

Szczególnie sprzeciwiali się modelowi rodziny rodem z lat 50.: patriarchalnemu układowi, w którym mąż (koniecznie ubrany w garnitur) zarabiał na życie, a żona (koniecznie w rozkloszowanej pastelowej spódnicy) zajmowała się domem, który miał być czysty, pachnący i koniecznie wyposażony w najnowocześniejsze sprzęty AGD ze sklepów towarowych. Aha, i do tego z wypielęgnowanym ogródkiem na froncie. Symbolami tego buntu stały się zwalniane przez zagranicznych robotników rudery czy miejskie podwórka, które całymi komunami zamieszkiwali hipisi, a także dzwony, długie, luźne sukienki, okulary w okrągłych oprawkach i kwiaty we włosach.

"Jeśli jedziesz do San Francisco, to upewnij się, że masz kwiaty we włosach. Jeśli jedziesz do San Francisco, spotkasz tam niezwykle wrażliwych ludzi" - śpiewał w 1967 roku Scott McKenzie. Do dziś słowa te stanowią hymn pokolenia hipisów, którym uporządkowane życie ich rodziców kojarzyło się z opresją i walką o władzę. Hipisi nie chcieli wojen - ani imperialnych, toczonych dla podbicia nowych terytoriów, ani ekonomicznych - wyścigu o pieniądze, poziom życia, miejsce na drabinie społecznej. Zarazem nie mieli żadnego sformalizowanego planu społecznego czy politycznego. Domagali się po prostu roztopienia wszystkich zasobów społecznych we wspólnocie i wyobrażali sobie, że tym rozpuszczalnikiem będzie miłość.

Cytat

Hipisowska wolna miłość miała być uczuciem wolnym od deklaracji. Robimy wszystko, co chcemy, bez składania obietnic.

"Wszystkim, czego potrzebujesz, jest miłość" - skandowali motyw z utworu The Beatles. "Nie istnieją rzeczy, które nie mogą być zrobione. Nie istnieją piosenki, które mogą nie zostać zaśpiewane. Nie istnieją słowa...". Miłość miała być także gwarantem równych praw - między innymi dla kobiet i mężczyzn. Utwór Otisa Reddinga pt. "Respect" w wykonaniu Arethy Franklin szybko stał się protest songiem feministek, które z kolei symbolem zniewolenia kobiet uczyniły... biustonosz. A szczególny rodzaj tego uczucia - "wolna miłość" - miał być antidotum na purytańską, zakłamaną mieszczańską miłość, którą w swym raporcie o seksualności Amerykanów obnażył kilka lat wcześniej Alfred Kinsey.

Ten biolog i entomolog, który założył Amerykański Instytut Badań nad Seksem, w swoich książkach z serii "Sexual behawior..." ("Zachowania seksualne...") wykazał, że Amerykanie, choć deklarują powszechnie, że miłość, wierność i dom są dla nich najwyższymi wartościami, nieustannie zdradzają się, utrzymują kontakty homoseksualne itd. Hipisowska wolna miłość miała być uczuciem wolnym od deklaracji.

Zakładała, że możemy robić wszystko, co chcemy, bez konieczności składania kłamliwych obietnic i podejmowania zobowiązań, których nikt nie zamierza dotrzymać.

Zdjęcie

Na festiwale letnie pod koniec lat 60. zjeżdżały tysiące ludzi. Tu festiwal Woodstock, rok 1969. /East News
Na festiwale letnie pod koniec lat 60. zjeżdżały tysiące ludzi. Tu festiwal Woodstock, rok 1969.
/East News

Polskie "bananówy"

Choć nie było wówczas telefonów komórkowych, internetu, międzynarodowych kanałów telewizyjnych relacjonujących przez całą dobę wydarzenia ze świata ani nawet tanich połączeń lotniczych, informacje o tym, co się dzieje w Kalifornii, szybko dotarły do Europy, trafiając na podatny grunt szczególnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Energia Amerykanów udzieliła się europejskim studentom, zmęczonym konserwatywną egzystencją i materialistycznym podejściem do życia swoich rodziców (ocalałych po wojnie).

Dodatkowo młodzi ludzie z zamożnych państw kontynentu sprzeciwiali się polityce podbojów biedniejszych regionów świata. Zachodni studenci wyszli na ulice, na których zresztą doszło do rozlewu krwi (m.in. postrzelenie studenta Rudiego Dutchke, lidera lewicowego ruchu studentów, w Berlinie). Wieść o hipisowskiej kontrrewolucji dotarła także do Polski. Jej wpływy prawie natychmiast zaczęły być widoczne.

Słynny przebój "Kwiaty we włosach" Czerwonych Gitar (z 1967 roku), do słów Krzysztofa Klenczona, stanowił bardzo wyraźne nawiązanie do wydarzeń w Kalifornii. Klenczona zresztą nazywano wówczas "polskim Johnem Lennonem". Choć do festiwalu w Jarocinie musiały upłynąć jeszcze 3 lata, pojawiły się w Polsce pierwsze hipisowskie komuny. Polscy hipisi słuchali Osjana (z tej grupy później wyłonił się Maanam), czytali poetów wyklętych: Edwarda Stachurę i Andrzeja Bursę.

Z oczywistych względów ruch hipisowski w Polsce różnił się od tego w Europie Zachodniej. Polacy nie mogli przecież buntować się przeciwko polityce kolonialnej rządu - bo to Polska raczej była w tamtych czasach radziecką kolonią. Nie mogli też przeciwstawiać się materialistycznemu, konsumpcyjnemu stylowi życia - bo półki w sklepach świeciły pustkami. Inspiracja kontrkulturą miała więc głównie charakter estetyczny.

Artyści tacy jak Maryla Rodowicz, Stan Borys i inni zaczęli nosić się w stylu hippie - kobiety zakładały długie sukienki i zdobiły włosy, mężczyźni zakładali spodnie dzwony i zapuszczali długie brody. Te wpływy utrzymywały się bardzo długo. Inspirowane motywami hippie kolorowe spódnice, zwane "bananówami" (taką spódnicę miała np. Maryla Rodowicz na Festiwalu w Sopocie w 1973 roku), co jakiś czas wracają w kolekcjach polskich projektantów. Artyści wyrażali swoje zaangażowanie w propagowanie idei miłości jako siły sprawczej w relacjach społecznych. Czesław Niemen wzruszająco śpiewał: "Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie".

Co nam zostało z lata milości?

Dziś za najbardziej znanego kontynuatora ruchu hipisowskiego w Polsce uznaje się Jerzego Owsiaka, twórcę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - zwłaszcza że sam do tego nawiązuje.

Lato 1967 roku zostawiło po sobie wielką spuściznę. Oprócz ważnej idei to przede wszystkim dziesiątki piosenek, które wciąż kojarzą się z miłością oraz wolnością od wszelkich zobowiązań ("Blowin in the Wind" - Bob Dylan, "Imagine" - John Lennon, "The Sounds of Silence" - Simon and Garfunkel, "Piece of my heart" - Janis Joplin, "Let it be" - The Beatles, "California Dreamin’" - The Mamas and the Papas, "Peace Train" - Cat Stevens, "Break on through" - The Doors, "All you need is love" - The Beatles). To także fantastyczna literatura, wyniesiona przez hipisów do rangi kultowej: "Skowyt" Allena Ginsberga (1956), "Buszujący w zbożu" J. D. Salingera czy "Lot nad kukułczym gniazdem" (1962).

I wreszcie - efektem lata miłości są setki książek i wywiadów z psychoanalitykami na temat natury naszych związków. W kim się zakochujemy i po co? Jakie schematy realizujemy w związku z naszym partnerem? Co zrobić, żeby uczucie się nie wypaliło? W epoce sprzed kontrrewolucji takie rozmowy nie byłyby możliwe, podobnie jak filmy Woody’ego Allena.

Trzeba jednak pamiętać, że idea wolnej, nieskrępowanej niczym miłości to nie tylko dobro. Miała ona bowiem swoją cenę. Chyba najlepiej oddane zostało to w filmie "Forrest Gump". Tytułowy bohater, nieco autystyczny, złamany wojną w Wietnamie, starający się odzyskać stabilizację emocjonalną, próbuje zbudować relację ze swoją dawną miłością. Jenny Cunran - to jego koleżanka z dzieciństwa, która w międzyczasie stała się intrygującą hipiską, niestałą w uczuciach, zażywającą narkotyki i utrzymującą luźne kontakty erotyczne. Gdy Jenny postanawia w końcu być z Gumpem - być może z tęsknoty za tradycyjną, archetypiczną, nadającą życiu sens miłością aż po grób - okazuje się, że jest... chora na AIDS (jak to ujęto w filmie "niezidentyfikowany wirus, z którym lekarze nie potrafią walczyć").

Katarzyna Kozłowska

GRAZIA 8/2017

Artykuł pochodzi z kategorii: Styl życia

Grazia

Zobacz również

  • Sztuka bezpiecznego podróżowania

    Za granicę jeździmy coraz chętniej, częściej i dalej. Najchętniej wybieramy Grecję, Hiszpanię i Bułgarię, ale kuszą nas też bardziej egzotyczne kierunki. Aby wyjazdy były bezpieczne, trzeba się do... więcej